Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 listopada 2015

Dalej do Braszowa

      Do Braszowa jadę szlakiem architektury saskiej w kierunku wsi Apold. Jest przeuroczo, pagórkowato, droga na przemian zmienia się z asfaltu w żwir i ze żwiru w piach. Na pewno nie jest to trasa pod delikatniejsze motocykle, ale fani wybojów będą usatysfakcjonowani. To, że w regionie już od przeszło XIII wieku obecni są Sasi, widoczne jest w nazwach wsi oraz w samych mieszkańcach. Gdy na którymś z rozwidleń, za kolejnym już kościołem warownym, typowym dla architektury regionu, przystanęłam na chwilę, żeby sprawdzić mapę, zagaił mnie młody Niemiec, który rozpakowywał auto przed najbliższym domostwem. Zagaił bezpośredniego po niemiecku, zapewne największa grupa turystów motocyklowych odwiedzających te kąty to właśnie Niemcy, którzy szukają korzeni. On sam mieszka na Węgrzech, ale jego babcia Niemka mieszka tu w Rumunii. Multikulti jak się patrzy.

Klasyczny przykład saskiej wsi




Kościół warowny


Jaki osioł jest, każdy wie: uparty. I tych uparciuchów trzeba było przegonić z drogi.


Złote pola bez końca.

     W końcu wyboista droga wjeżdża w las, a za lasem i kilkoma serpentynami wita mnie parę osłów na drodze i przestrzeń aż po horyzont: złote kłosy i falujące pola. Tak docieram, do Braszowa, który majaczy daleko wzgórzem i wybijającym się ponad miasto kominem przemysłowym. Krążę trochę niezdarnie na wjeździe do miasta, pytam jakiegoś przechodnia, który specjalnie dla mnie korzysta z resztek danych, by sprawdzić na smartfonie, pod jaki adres mam się udać. A zmierzam do Dragosa, mojego pierwszego w tej wycieczce gospodarza couchsurfingowego. W końcu udaję się pod wskazany przez chłopaka adres, dzwonię do Dragosa, a ten wychodzi mi na przeciw z szerokim uśmiechem na ustach. Okazuje się, że zajechałam jeszcze kawał i hoho od jego bloku, a wcześniej w internetowej korespondencji upierałam się, że absolutnie nawigacja nie jest mi potrzebna. Więc już na dzień dobry Dragos szczerzy kły i krzyczy z daleka: I co?! Nawigacja nie była potrzebna, hm??
      Dragos wita mnie jak starą kumpelę, choć widzimy się pierwszy raz na oczy. Na parkingu pokazuje swój dobytek, olbrzymię Hondę Shadow, która błyszczy tak, że aż oczy bolą. Jeszcze tego wieczoru miałam okazję przejechać się na niej jako pasażerka, gdy wraz z Dragosem udajemy się do Bran (znanego z tego, że jest tam domniemany zamek Drakuli) na spotkanie z jego dobrymi znajomymi. W drodze do Bran telepię się i z zimna i ze strachu. Honda zbiera rumuńskie wyboje jak taboret, Dragos jedzie szybko, ja rozpaczliwie wpijam się w jego skórę, ale i tak przy każdym wyboju mam wrażenie, że zaraz zjadę z siedzenia dla pasażera. Całe szczęście w drodze powrotnej byłam już po kilku głębszych, więc i rozluźniłam się. Dragos zapierdala aż miło, ale bez kielona, to nie polecam! Samo spotkanie bardzo przyjemne, ekipa mniej więcej w moim wieku. Corocznym zwyczajem zbierają się całą grupą w wynajętym od pewnej babci domku, by powspominać stare dzieje i oblać nowiny, a mają co oblewać, zważywszy na to, że porozrzucani są po całej Rumunii i okazji do takich spotkań nie mają zbyt wiele.
       Następnego dnia Dragos idzie do pracy, a ja mam trochę czasu wolnego, by pozwiedzać Braszów. Jako pierwszy od razu rzuca się w oczy napis a' la Hollywood górujący nad miastem. Później nowonapotkany kolega tłumaczy mi, że napis postawili nocą studenci, bez żadnego pozwolenia. Za dnia pojmano pomysłowych studentów, jakoże napis postawiony bez jakiejkolwiek zgody, ale zanim zdążyli wlepić im kary, okazało się, że nielegalny, ale dowcipny napis zyskał sobie rzeszę fanów i stał się błyskawicznie znakiem rozpoznawczym Braszowa. Tak więc obyło się i bez kary i bez demontażu napisu.
       Samo miasto mnie zaskakuje. Jak cała Rumunia. Mówisz Siedmiogród, myślisz ciemnogród. Ale Braszów daleki jest od tego typu wyobrażeń. Starówka piękna, zadbana, pełna turystów. Przysiadam na chwilę po środku rynku, obserwuję staruszka, który trzyma w dłoniach białego jak śnieg gołębia. Nagle zagaduje do mnie, ale ja nic nie rozumiejąc, tylko tłumaczę pokracznie, że nie jestem stąd i nie rozumiem. W końcu zagajam przechodzącego obok mnie chłopaka, czy pomoże mi przetłumaczyć, o co facetowi chodzi. Catalin, bo tak miał na imię, tłumaczy, że staruszek zbiera tylko chleb dla swoich gołębi, a za drobną kwotę pozwoli mi nawet zrobić sobie zdjęcie z gołębiem. Prośba o tłumaczenie przeradza się w kilkugodzinną rozmowę. Catalin okazuje się być dźwiękowcem, który pracuje przy festiwalu muzyki rozłożonym w centrum. Rozmawiamy o realiach życia w Rumunii, o tym, że za pracę dźwiękowca w kraju dostaje 5 razy mniej niż mógłby chociażby w Niemczech. Rozmowa przebiega gładko, choć Catalin przeprasza regularnie, że dawno już nie mówił po angielsku i że na pewno kaleczy, ale idzie mu całkiem nieźle. W końcu rozstajemy się, bo na mieście czeka już na mnie Dragos, ale obiecuję, że wieczorem może jeszcze gdzieś się złapiemy.
         Dragos wita mnie z dwiema Niemkami, które tej nocy dołączyły do nas na couchsurfingu. Dziewczyny, choć miłe, wydają się być ciut zaskoczone realiami rumuńskimi, w kółko opowiadają, jakby z choinki urwały, że w Rumunii to albo tamto, że psy bezdomne i że bieda bokami wyłazi. I mimo, że w Niemczech pracują w ośrodku opieki socjalnej, wydają się być zupełnie nieobyte z takimi scenkami, jakby cała Europa składała się tylko i wyłącznie z Bawarii. Z Dragosem rozumiemy się doskonale, więc zgodnie porozumiewamy się językiem żartu i ironii, ale dziewczyny nie bardzo to chwytają. Na koniec raczą nas jeszcze sceną, że absolutnie nie chcą spać w pokoju Dragosa, więc poświęcam się i oddaję im swoją kanapę, by spać na dmuchanym materacu.
         Z rana Niemki wychodzą pierwsze na pociąg, a my oddychamy z ulgą. Co prawda na mnie też już czas, ale chociaż naszemu pożegnaniu nie towarzyszy ich stękanie. Ściskamy się serdecznie i jak to na couchsurfingu, licżę, że następnym razem to u mnie się spotkamy. Ale czy dojdzie to skutku, jak zwykle nie wiadomo.


Moja maszynka i maszyna Dragosa.


Catalin i staruszek z gołębiami.


Braszowood.


Braszowska forteca.


Widok z twierdzy.




Braszów nocą.


Master of disaster za dnia.





      

czwartek, 8 października 2015

Bukowina, czyli malowane monastery i trochę Polski poza Polską

      Rodniańskie opuszczam z nową energią, którą na trasie zawsze gwarantuje mi jedeń dzień spędzony w cywilnym odzieniu i nie w siodle. Nowa jest również tablica rejestracyjna. Obok połamanej owiewki, wgniecionego baku oraz innych cieżkich zarysowań idealnie wpisuje się w madmaxowy look Hondy. Wyruszamy dalej w stronę Bukowiny, na celownik biorąc pierwszy z ośmiu wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO malowanych Monasterów, mianowicie monastyr Moldovița.




            Po drodze nie obywa się bez drobnych przygód. Kilkanaście kilometrów za Borsą natrafiam na żużlówkę, którą dotrzeć można do dokładnie tego samego szlaku u stóp PN Gór Rodniańskich, do którego dotarłam dnia poprzedniego wyciągiem i na nogach. Nawet zastanawiałam się na górze, którędy cholera dojeżdżają tam te terenówki, które tak orają drogę. Jadę w górę, mając nadzieję, że dotrę do tego samego miejsca, tym razem na kołach. U podnóża lasu zatrzymuję się na krótki postój. Ciekawski pastuch, pasący tłuste owce 300 metrów dalej pogwizdywał i łypał w moją stronę. Wsiadam w końcu na moto i ruszam dalej, ale daleko nie zajeżdżam. Wyrobiska po kolana, żużel, paki z tyłu, 12 KM, ja sama i brak zasięgu - to, proszę państwa, chyba jednak niekoniecznie warunki na ćwiczenia w terenie. Honda spociła się i zasapała, a ja dokonałam krótkiego rachunku - jechać dalej, narazić się na wywrotkę i bycie zjedzonym przez dzikie zwierzęta, czy może jednak wycofanie się i bezpieczne odturlanie się w stronę Bukowiny. Decyduję się na to drugie. Ale ale! Obrócić nie ma jak, koleiny z obu stron, żużel ściąga w dół, ja na palcach i tak powoli, powolutku do tyłu, krok za krokiem. Pastuch musiał mieć ubaw po pachy. Jedzie taka baba, rusza dziarsko, przejechała 100 metrów, a poźniej przemierza te same 100 metrów tyłem i tip topami, byle się tylko nie wyjebać.

           






            W końcu zjeżdżam z połonin, a kolejne kilkadziesiąt kilometrów pragnę mianować najgorszym asfaltem, jakim miałam przyjemność jechać. Ten asfalt pewnie do dziś nosi ślady mojego potu, spływającego od głowy, pod kombinezonem, aż po opony, lejącego się tak ze mnie z dwóch powodów (i bynajmniej nie atsmoferycznych, choć też): z powodu dziur po kolana, które byłyby w stanie urwać koło traktorowi (wyolbrzymienie na potrzeby chwili) oraz z powodu ciężkich maszyn, ciężarówek, które na zakrętach wyjeżdżały mi bez ostrzeżenia na czołówkę. Nie żartuję ludzie, ten odcinek nie zna litości. Ataku frontalnego spodziewać się można nie tylko ze strony kierowców pokroju Death Proof, ale równieź zupełnie niewinnie zapowiadających się owiec (owce są k**** najgorsze), pasterzy, pasterskich psów oraz, rzecz jasna, Cyganów, których prowizoryczne zabudowania gęsto pojawiały się w górskich obszarach Maramureszu. W Rumunii, a w szczególności w górach, dzień bez czołówki to dzień stracony. Nie mówiąc już o tym, że Rumuni konsekwentnie traktowali mnie raczej jako co najwyżej skuterzystę, zapominając o moich pakach i o fakcie, że jednak trochę więcej potrzebuję miejsca na drodze. Rezultat? Po prostu spychali mnie na pobocze.

              Całe szczęścia okazuje się, że nie ja jedna narzekam na trasę. Litwini, którzy na południe udali się gdzieś na wysokości Barsany, z premedytacją opuścili Rodniańskie, bo ostrzegali, że odcinek do Bukowiny jest wyjątkowo niewygodny, szczególnie dla chopperków. Dla mnie takie dziurska to nawet fun, ale te przeszkody na trasie, no o tym google nic nie mówił. Ale jadę, jadę ostrożnie, spokojnie, obserwując każdy zakręt i niebotyczne, dzikie krajobrazy dookoła. Nagle łyka mnie grupa GSów i innych takie tłustych sprzętów. Polacy! Trąbią, machają i lecą dalej, mknąc ponad stówkę dziurami. Ja turlam się dalej niestrudzenie, ale dostrzegam ich w końcu na postoju nad rzeką. Machają, żebym się zatrzymała. Ekipa z Lublina turla się z radości, że spotkali Polkę i na dodatek motocyklistkę na tej zapomnianej trasie. Czekają z kawą, gotowi do wymiany doświadczeń z trasy. Okazuje się, że mkną do Bułgarii, więc Rumunię biorą dosłownie przelotem. Jeden rzuca: "No, tak to można jeździć, powoli, rozglądać się, a nie kurwa, tak jak my, 120 na godzinę, nic nie widzisz!" Trochę mnie ten komentarz pokrzepia, bo w końcu trochę głupio być zawsze wyprzedzanym... Opuszczam chłopców, którzy zachęcają jeszcze do wspólnej kąpieli w rzece, ale dziękuję grzecznie, Bukowina czeka. Jeszcze tylko wspólna fotka, uściski, wzajemne życzenia. Miłe to takie, spotkać rodaków na trasie, bardzo miłe. Szczególnie jeżeli to jedyni towarzysze w samotnej podróży, których można się spodziewać.
Gipsie Not Kings

Lublin Shore

... czyli ekipa z Lublina
Dalej dalej na malowane klasztory!


            Im bliżej Vatry Moldovițe, tym równinniej i goręcej zaczyna się robić. Połyskują pierwsze srebrne dachy Bukowiny. Regiony dają się poznać po róznicach w architekturze. Ludzie zdają się poruszać również ciut szybciej aniżeli w Maramureszu, na chwilę znikają wszechobecne psy, lasy iglaste, a bliskość polskich wsi sprawia, że zaczynam czuć się jak w domu. W Vatra Moldovițe zjeżdżam z głównej i po około 500 metrach parkuję pod murami klasztoru. Nie spodziewam się cudów, ale cud autentycznie zastaję. Bo malowane klasztory, w moim odczuciu, choć do religii, jak i obiektów sakralnych stosunek mam dość wstrzemięźliwy, są SPEKTAKULARNE. Absolutny unikat na skalę europejską. Nie powtórzę historii, kto chce, niech sięgnie po podręczniki historii, bo historia regionu jest równie bogata jak terenów polskich. Mieszały się tam bowiem wszelkie możliwe wpływy, które w Europie Środkowo-Wschodniej mogły się wymieszać: od mołdawskich, przez osmańskie, po habsburskie. Wiem jedynie, że monastery powstawały z ramienia znamienitego mołdawskiego wodza, Stefana III Wielkiego. Legenda głosi, a opowiedział mi ją jeden z Polaków napotkanych w polskiej wiosce na Bukowinie, że Stefan Wielki, jak 47 lat żył, tak wygrał 47 bitew, a za każdą wygraną batalią strzelał z łuku i tam, gdzie strzała opadła, tam wznosił kolejną świątynię. Bo Stefan Wielki to wielki hospodar był i o kulturę oraz tradycję narodu bardzo dbał.
           Wstęp do monastyru Moldovițe kosztował mnie 5 okrągłych lei, z opłatą za zdjęcia - 10 lei. Warto było. Jest absolutnie urokliwy. Opłatę pobiera skromna mniszka, która z zapałem opowie po angielsku historię malowideł, po czym powróci do robótek ręcznych. Akurat Moldovițe nie jest tak oblegany jak chociażby Voronet, więc można pomedytować w ciszy i skupieniu. Cerkiew otacza przepiękny różany ogród, a malowidła cieszą oczy bardziej niż znane nam złote bogactwa barokowych kościołów. Przedstawiają sceny z Sądu Ostatecznego, Wielkiego Czwartku czy Ukrzyżowania Jezusa. W środku kopuła pnie się do góry aż do postaci Chrystusa otoczonej przez anioły, wskazując sugestywnie drogę, nawet niewierzącej osobie. Jest chłodno i cicho. Tylko obrazy przemawiają. Nie chce mi się już nawet o tym pisać, niech i do Was obrazy przemówią. Amen.

 
Moldovițe










Srebrne dachy Bukowiny na trasie do Voronetu
Voronet. Większy i bardziej zatłoczony. Ale Moldovițe wcale mu nie ustępuje pięknem.

Sąd Osteteczny.

Hiszpańska wycieczka. Oni są wszędzie.

 
I rumuńska wycieczka.


Piękne i ciekawe te wyobrażenia o ogniu piekielnym i o tym, co reprezentuje zło.






            Po Moldovițe i Voronecie można już mieć dość malowideł. Dwie cerkwie z ośmiu zwiedzanych zupełnie niepośpiesznie to satysfakcjonujący wynik. Jest już popołudnie więc powoli zmierzam ku pierwszej z polskich wiosek, do Poiany Miculi. Dowiedziałam się o nich z przewodnika, bo tak prawdopodobnie nikt nie wskazałby mi tego kierunku. W okolicy jest ich kilka, obok Poiany również Nowy Sołoniec, Plesza oraz największa - Kaczyka, która stała się sprawcą całego polskiego zamieszania. Do Kaczyki bowiem pierwsi Polacy zostali ściągnięci z Bochni w XIX wieku, wraz z odkryciem soli kamiennej oraz powstałym w związku z tym zapotrzebowaniem na doświadczonych górników. O dziwo, zupełnie przypadkowo los skieruje mnie pod koniec podróży na wymuszony postój do Bochni, w której nigdy nie byłam, a podczas tego tripu jako motyw przewinęła się aż dwa razy, i to w tak różnych zakątkach Europy. 
          Do Poiany prowadzi świeżo wylany, wąski asfalt. Ponoć ufundowany przez nas w geście solidarności z naszymi rodakami. Okolica zdaje się coraz bardziej znajoma, jakby przytulna. Jest przyjemnie pagórkowato, częściowo trawiaste, częściowo zalesione wzgórza oraz kopiaste stogi siana. Na wjeździe do Poiany wita mnie starszy pan właśnie z taką kopą siana na wozie. Podekscytowana pytam po polsku, czy pan i również po polsku mówi. Tak! Tak, mówi! To Polak, to w rzeczy samej Polak, trochę zaciąga z rumuńska, czasem wrzuci jakieś niezrozumiałe słowo, ale w 95% polszczyzna jak ta lala, taka, jaką znają nasi dziadkowie. Wzruszające to było spotkanie. Staliśmy tak na drodze, on przy wozie, ja na swoim motocyklu z całym ładunkiem, przyjechałam aż tutaj, żeby ich spotkać, a oni nie mogli wyjść z podziwu, że ich mała, zapomniana wioseczka może być celem pielgrzymek wędrowców z Polski, którzy chcą liznąć tego unikatowego folkloru. Dołączyły do nas dwie sąsiadki, jedna starsza od drugiej. Opowiadali swoje historie o tym, jak się tu znaleźli, brzmi egzotycznie, ale był to dla ich przodków i częściowo dla nich samych taki sam cel emigracyjny, jak dla nas Niemcy czy Anglia. Teraz żyją głównie z gospodarki, pan Władysław skarżył się, że ceny siana spadają, a dzieci trzeba odchować i posłać na studia dokładnie tak samo jak w Polsce. Jego córka całe szczęście już w Bukareszcie, pracuje w korporacji. Ach, jak znajomo brzmią te tematy. Starsi państwo pytali z ciekawością o życie w Polsce, czy mamy jeszcze krowy na wsiach, jak nam się powodzi. Zachciało mi się wziąć ich wszystkich ze sobą na tylnim siedzeniu, by pokazać odległą Polskę, zapoznać z moimi dziadkami, zatrzymać na dłużej ten świat, który zdawałoby się, zatrzymał się gdzieś w latach 50. Ale nie da rady. Trzeba jechać dalej. Pożegnałam się głęboko poruszona, przejechałam wieś wzdłuż aż do końca, gdzie miałam znaleźć nocleg w Domu Polskim. Przywitała mnie grupa polskich pijaczków, jeden co bardziej elegancki wyszedł dziarsko na przeciw, z wyraźnie zaczerwienionym nosem, ukłonił się nisko, uścisnął mi energicznie dłoń i rzekł: Dzień dobry, Włodek jestem!, po czym wyjaśnił długimi, powolnymi zdaniami, że tej pani od domu nie ma i żebym pojechała do Nowego Sołońca, bo tam jest największy Dom Polski, tylko on nie wie, czy skrót przez górę będzie przejezdny, bo to żużel i ostro pod górę, więc dużo samochodów nie daje rady. Ale za to nadrabiać asfaltem 50 km to też nie rozwiązanie. W końcu stwierdziliśmy, że zawsze mogę spróbować i tym optymistycznym akcentem zakończyła się moja wizyta w Poianie.
         Zawracając do wspomnianej żużlówki natrafiłam na krowy uciekające w popłochu po asfalcie. Zatrzymałam się na chwilę i obróciwszy się dostrzegłam na horyzoncie babulkę około 80letnią biegnącą ile sił w nogach i krzyczącą za krasulami. Poczekałam cierpliwie, aż je dogoni i zawróci, bo wiedziałam, ze silnikiem jeszcze dalej je przepłoszę. Poza tym, jak żyję, tak szybko biegnącej 80latki jeszcze nie widziałam. Musiałam tę scenę sfotografować ;))
         Skrót okazał się nie taki straszny, jak go Włodek malował. Trochę pod górkę, gorzej już z górki, zjazd dla niskich aut być może niewskazany. Nowy Sołoniec - cichy i spokojny. Jak zawieszony w próźni. Tylko natura dookoła. Dom Polski okazał się sporym schroniskiem, do którego regularnie przyjeżdżają turyści i młodzież szkolna. Wyremontowany, o wysokim standardzie, przynajmniej jak na te regiony, ze stołówką, własnym barem i tarasem, na którym miałam przy małym piwie podsłuchiwać, czym żyją okoliczne kobiety. Za skromne 40 lei dostałam jednooosobowy pokój z własną łazienką. Prysznic i łóżko smakowały mi jak nigdy. W końcu znów byłam w domu.

Przed Poianą.

Nasz Rodak w Bukowinie!

Uciekinierki z Alcatraz.

Patrzcie na krowy, jaka mina, że niby nie uciekły!

Tak, to ona, to ta babcia biegła po krowy z prędkością światła. I sobie przypomnę te emerytki polskie sapiące nad uchem w autobusie. Można? Można! A nawet trzeba!

Droga do Nowego Sołońca.

Dom Polski w Nowym Sołońcu.

Życie toczy się tu spokojnym biegiem.

Taki to oto miły pokoik. Idę spać. Dobranoc!




środa, 2 września 2015

Góry Rodniańskie, czyli pieśń o rysiach, zagubionej tablicy rejestracyjnej i pieszych wędrówkach

       Z Bârsany nieśpiesznym krokiem, a raczej suwem, podążam w stronę Borșy, miejscowości turystycznej położonej u podnóża Gór Rodniańskich. Droga zaczyna się przyjemnie kręcić, daleko na horyzoncie wynurzają się pierwsze, łyse grzbiety, a za nimi ostre jak brzytwa wierzchołki szczytów jak wysoki na 2303 metrów Pietrosul czy odrobinę niższy Ineul. Jadę, bo Rodniańskie przyjemnie skojarzyły mi się z Połoninami Bieszczadzkimi, choć wysokości są bardziej drapieżne. Poza tym, pominąwszy fakt, że bardzo dużo pozytywnego nasłuchałam się o Okręgu Maramuresz, Góry Rodniańskie po prostu stoją mi na drodze do wyczekiwanej Bukowiny. Tak to już jest z tą Rumunią: Karpaty zasadniczo stoją na drodze cały czas, no chyba, że zmierza się ku morzu czy Mołdawii, wtedy może w 70% trasy;)




              Na skrzyżowaniu 18 z 17c ciut się mylę, no co, nawi nie mam, to mi wolno! Jadę w stronę Romuli, z czego w sumie czerpię same korzyści, bo wjeżdżam na punkt widokowy, z którego spokojnie mogę obserwować, konsumując konserwę rybną, co mnie wkrótce czeka. No może nie do końca spokojnie. Nachodzi mnie pieseł. Jeden z moich nieodłącznych, rumuńskich towarzyszy. Bo to jest tak: gdzie Ty, tam i pies. Na parkingu - pies. W krzakach - pies. W lesie - pies. W górach - pies. Pies pasterski. Czasem sam. Czasem w parach lub w grupach. A najczęściej naprzemiennie, w różnych konstelacjach. Psy wyskakują z różnych zakamarków, więc trzeba mieć się na baczności. Później, już w końcowej fazie tripu zaobserwowałam, że psy Północy są łagodniejszej natury, przyjazne, powolne. Nie rzucają się nerwowo do nogawek jak te z Południa. Jak mawiają Rumuni o Maramureszu, choć bardziej w kontekście samych mieszkańców i specyfiki regionu: nawet psy szczekają tu wolniej, nie hał hał, ale hał.........        hał........... Zatem potwierdzam. Tak, tak właśnie jest z tymi psami. A że ja psy lubię, to będę o nich od czasu do czasu tu pisać.

              No więc rozsiadam się pod zajazdem w punkcie widokowym. Po drodze sielankowo łażą krowy puszczone luzem, wychodzą jak gdyby nigdy nic znikąd i znikają również na trasie donikąd. Tylko dzwonkami uczepionymi do szyi alarmują o kierunku marszu, ale zdaję, że nikogo to nie interesuje. No więc siadam, obserwuję scenkę, później mój wzrok przykuwają krajobrazy. Na horyzoncie sinieją chmury, dokładnie tam, gdzie powinnam była dojechać, gdyby nie zgubne skrzyżowanie. Daję chmurom trochę czas, jest bardzo przyjemnie, więc niech odejdą w spokoju tam, gdzie mnie po południu nie będzie. Bardzo nie lubię moknąć na motocyklu, oj bardzo. No więc rozkładam się z podręcznym zestawem harcerza i dwiema konserwami. Zapycham konserwę w ciszy. Między kęsami studiuję przewodnik...


Widok. Na trasie do Romuli.

Krówska.

              Przed posiłkiem widziałam go, migotał mi gdzieś, taki kundel bury niewymiarowy. Z innym takim też, co odszedł w niepamięć, jak mi się zdawało. Ale znalazł mnie, pieseł. Wyczuł konserwę nosem. No więc daję mu. Niech ma. Niech je. 





           Pies mlaska, a ja powracam do lektury i swojej pozostałej ryby. Zanurzam się w opowieści o Maramureszu, zerkając co chwilę na rysy Rodniańskich w oddali, ale zapomniawszy na kilka minut o psie. Odwracam się po kilku minutach, żeby sprzątnąć po burku, a tam:


INNY PIESEŁ!
  
            INNY PIESEŁ! W dokładnie tym samym miejscu. Takie niby nic, ale zdolności bezszelestnej teleportacji rumuńskich psów mnie tak zachwyciła, że postanowiłam to uwiecznić. Niestety ten drugi miał pecha, nie było już nic do żarcia, a suchego pieczywa żryć nie chciał.

             Jadę dalej. Dojeżdżam w końcu do docelowej 18stki. Przez chwilę zastanawiam się, czy lepiej pojechać na Borșę i tam szukać pola namiotowego, czy może do osławionego Viseu de Sus, skąd wczesnym ranem rusza kilkugodzinna wycieczka górską kolejką wąskotorową. Ostateczna decyzja - olewam kolejkę, jadę na Borșę, mając nadzieję, że na nogach czy na kołach zobaczę to samo, co do zaoferowania ma niniejsza kolejka. 

              Borșa jest przaśna. Spodziewałam się kurortu górskiego, a samo pojęcie przywodzi przeciętnemu Polakowi raczej skojarzenie zwartej, przytulnej miejscowości, w której stacjonują głównie głodni górskich wrażeń piesi turyści. Borșa jest jednakże inna. Wlecze się, wrzucona w powierzchniowo dość dużą kotlinę . Po ulicach snują się ludzie, jest tłoczno, duszno. Zabudowa niska i mało atrakcyjna. Ale klimat wciąga. Ulice pracują jak na spowolnionych obrotach. Starsi ludzie chodzą środkiem drogi, jak gdyby ich trasa spacerowa nie zmieniła się od 50 lat, gdy dróg w tych miejscach nie było. Auta, piesi, starsi, młodsi, psy, wozy konne, wszystko zdaje się być zgodnie współżyjącym, symbiotycznym organizmem. Każdy zdaje się na siebie włazić, jednocześnie nie ocierając się o siebie. Cudowny, przaśny tłum. I ludzie żywo reagujący na kobietę motocyklistkę, szczególnie kobiety. W markecie czy na parkingu. Wyglądały na zachwycone wręcz całą tą ideą, ale kto je wie, języka nie znam, może i się naśmiewały ;)

                Docieram do campingu, powoli robi się ciemnawo. Camping przyjemny, ze sporym zapleczem i infrastrukturą, do grilla, do gotowania, z restauracją i domowym jedzeniem. Cena, również przyzwoita, 10 lei za namiot i osobę, czyli naszych 10 złotych w przybliżeniu. Rozkładam namiot, materac dmuchany nie zdał ostatnio egzaminu, więc olewam dmuchanie, i tak jest ciepło. W między czasie podchodzi do mnie młody chłopak z obozowiska obok. Zagaduje po angielsku: słuchaj, ale nie masz tablicy rejestracyjnej. Myślę (BEZ CENZURY): jak to kurwa?! Podchodzę do Hondy i tak, rzeczywiście, nie ma. Odpadła gdzieś cholera. Pewnie poluzowała się na wertepach. Pytam chłopaka, co powinnam wg niego zrobić. Wzrusza ramionami: na posterunek, choć oni pewnie mi pewnie nie pomogą, ale bez tablicy jeździć... na pewno dostanę mandat. A oprócz tego to kawał blachy albo kartonu, rysuję swoje numery, bo nic innego mi nie pozostaje. 
   


To tu to tam się okazało, że mi tablicę po drodze urwało.

                Dostaję wypieków. Nie wiem, czego się spodziewać. Jest godzina 19. Mam jeszcze chwilę, żeby rozwiać wątpliwości, więc wskakuję na moto i lecę w stronę centrum. Nie przejeżdżam nawet 300 metrów, gdy na poboczu widzę drogówkę, kontrolują akurat przejeżdżające pojazdy. Zajeżdżam, zdejmuję kask, potrząsam zalotnie rudymi włosami (tak to teraz opisuję, ale półdługie włosy spod kasku - ustalmy - wyglądają chujowo;), robię duże oczy i podchodzę do policjanta, nastawiając się na najgorsze. A tu takie zaskoczenie, bo nic się pani obywatelko z zagranicy nie stało! Rzecz ciekawa, ale tak ponoć jest, czy tablica jest, czy jej nie ma, nikogo to w przypadku turystów z zagranicy w sumie nie interesuje. Pytam kilkakrotnie pana policyjnego, czy aby na granicy w drodze powrotnej nie będę mieć problemów i czy nie dostanę od niego potwierdzenia na papierze, że zagubienie tablicy zgłosiłam. Odpowiada: nie, od nas papierka pani nie dostanie, jeśli już, to od urzędu notarialnego. Ale to zupełnie zbyteczne, dodaje, nas to nie interesuje, to tylko chyba urząd w Polsce powinien się przejmować. Myślę: W DECHĘ. Tak to można jeździć. Pozostała kwestia tablicy zastępczej, czyli rękodzieła, ale drugi chłopiec z campingu się zobligował, że pomoże mi załatwić materiały do zmajstrowania tablicy z samego rana dnia następnego. Czyli można iść spać, z ciut podniesionym ciśnieniem, ale jednak.

                   Budzę się wcześnie, w osłonie gór jest rześko i przyjemnie. Akcja z tablicą odbywa się następująco: chłopiec z campingu robi za tłumacza, sprawnie przekazuje cały dramatyzm sytuacyjny synowi właścicielki posesji, który choć angielskiego nie zna ni chu chu, to uwija się zwinnie, wręcz biega od punktu A do punktu B po całej posesji (śpieszy się do karmienia zwierząt), przynosząc i przymierzając kolejne przedmioty, a to kawałek blachy, a to narzędzia do docięcia. W końcu znika w drewnianym składziku na kilka minut i przynosi piękny kawałek blachy. Równoległe w Polsce, bez mojej wiedzy, a pod wpływem jednego niewinnego smsa, odbywa się akcja online: znajomy moturzysta znany Afrykanerom jako Fazik ściąga zdjęcie mojej tablicy z bloga, przesyła niejakiemu Mazeniakowi, którego wówczas jeszcze nie znałam, ale w trakcie tej podróży nasze drogi się jeszcze skrzyżują, Mazeniak przerabia w photoshopie i przesyła gotowy pdf na mojego maila. Czego Fazik nie wie, to fakt, że ja - uparta przeciwniczka srajfonów - za Chiny nie znajdę tam w Borsy szybko miejsca, gdzie wydrukuję i zalaminuję pdfa tablicy. Szybciej i realniej będzie ją po prostu zmajstrować. No więc otrzymuję od pana z campingu gotową blachę, proszę jeszcze o flamaster, który w przeciągu 10 min przybiega od sąsiada na nogach tego samego pana. Maluję i oto voila! Tak wygląda moja nowa piękna tablica, najwyższy poziom kunsztu! 6066 nie zginie, nie umrzy!



                 Z rezultatów pracy jesteśmy razem, ja i pan z campingu, bardzo zadowoleni. Dziękuję mu po wielokroć i powoli zbieram manatki, coby w końcu wyruszyć w góry. Planuję dojechać do wyciągu oddalonego o 2 km, wjechać na górę i tam dalej ciut się przejść, na tyle, na ile pozwalają zupełnie niegórskie birkenstocki :) W ramach odprężenia postanawiam przejść się po campingu, bo w trakcie akcji widzę pewne grupki zainteresowanych, które krążą wzdłuż zabudowań gospodarczych. Poprzedniego wieczoru już widziałam: kurki, świnki, gołębie. Nihil novi, chciałoby się rzec. Ale o poranku przeszłam się dalej. I ponownie: kurki, świnki, gołębie.... ryś! ..... WILK! Stoi, macha ogonem, jak wilk wykapany wygląda. 

Świnka!

Ryszard!

Nie drażnij Ryszarda!

Wilko!

No mordo ty moja!

             Właściciel campingu (niby go pytałam po angielsku, czy to wilk i czy znalazł go, jak był mały) powiedział, że wychowywał wilka od małego. Ale z jego znajomością angielskiego, przykładowo: zamawiałam u nich pstrąga, nawet mu w powietrzu tego pstrąga narysowałam, a przyniósł mi gulaszową, równie dobrze mogła być to hybryda psa i wilka. Z późniejszych opowieści Rumunów, których poznałam w Braszowie, wynikało, że nawet hybryd w gospodarstwie czy prywatnie trzymać nie można, bo jest to tylko kwestia czasu, gdy obudzą się w nim instynkty. To samo z rysiem. Ale! Kto im zabroni! Kto ich tam sprawdzi! Dla mnie przeżycie super. Nie na wolności, ale i tak wspomnienie sierści rysia szorstkiej jak strzecha czy wilka przytulonego do dłoni pozostaje na długo w pamięci. 

              Tyle o wilkach i rysiach. Ruszam w góry. Docieram na stację, zrzucam odzienie motocyklowe, przebieram się w odzienie lekkie, a resztę wraz z kaskiem zostawiam na motocyklu w pakunkach. Wjeżdżam na górę (koszt 10 lei) i orientuję się już na szczycie, że zostawiłam kluczyki w stacyjce. No żesz kurwa, ja was proszę! Cofam się ze szlaku do stacji i po próbie wytłumaczenia pracownikom, o co chodzi, pytam, czy ktoś zna angielski. Zgłasza się jeden z gości: oczywiście, że zna! Nie wszyscy Rumuni go nie znają, odpowiada zaczepnie. Zapewnia, że ludzie z tego okręgu Rumunii są uczciwi, że w Maramureszu nikt nie kradnie! Ale jak to mawiają uczciwi Polacy - przezorny zawsze ubezpieczony. Zatem z pomocą angielskojęzycznego wędrowca dogadujemy się z pracownikiem stacji na dole, że kluczyki z Hondy zabierze, a ja je odbiorę, gdy będę zjeżdżać na dół. No i super. Idziemy. 

                Reszta to już góry. No co o górach będę dużo mówić. Piękne! Zobaczcie sami. Za dużo nie przeszłam, bo buty nie takie, ale ogólne wrażenie bardzo na plus. Zupełnie nieturystyczne szlaki, jeżeli ktoś pojawia się na trasie to głównie Rumuni z całymi rodzinami. Tylko na szlaku do wodospadu Cailor, najwyższego w Karpatach, choć - szczerze - niezwalającego z nóg, można spodziewać się większej frekwencji. Ale poza tym, w wyższych partiach... cisza, spokój, beczenie owiec i pogwizdywanie pasterzy. Piękne dwie, bezczynne godziny spędzone na połoninie. Z dala od zgiełku. W oddali tylko migały mi samochody 4x4 (motocyklistów zadziwiająco nie odnotowałam), co mnie troszkę podirytowało i zaciekawiło, którędy to. W dalszym etapie podróży i tak się okazało, że trasa ta byłaby zbyt wytężona, ale o tym w kolejnym odcinku. A teraz góry, góry i jeszcze raz góry. Amen.