Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niderlandy/Francja Płn/Hiszpania 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niderlandy/Francja Płn/Hiszpania 2010. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 września 2010

Mototrip 2010, czyli postój u rodziny i kawałek Akwitanii

     Wracałam z Santanderu z duszą na ramieniu. Dobrze było poznać nowych ludzi, a powrót do Francji oznaczał powolne zmierzanie do punktu wyjścia. W drodze powrotnej zatrzymałam się ponownie u swojej rodziny w miejscowości Levignac de Guyenne, w sercu Akwitanii. Urzekły mnie malutkie miasteczka porozrzucane pomiędzy winnicami oraz pastwiskami dla krów ;) Urzekł mnie również spokojny tryb życia mieszkańców owych miasteczek, gdzie pozornie nic się nie dzieje ( głównie z powodu upałów), a jednak w każdym ocienionym ogrodzie tętni prowincjonalne życie. Kuzynka mojego ojca  Damiana przywitała mnie wołowinową ucztą oraz winem. A następnego dnia pożegnała, jak ma to w swoim zwyczaju, ogromnymi sandwichami z bagietki, wypełnionymi kiełbaskami francusko-hiszpańskimi w stylu chorizo (jej mąż ma sklepik z wyrobami mięsnymi) oraz sutą porcją jajecznicy, które tak energetycznie nafaszerowane wystarczały z nawiązką na cały dzień. Skonsumowałam je w drodze do Doliny Loary, gdzie miało miejsce moje ostatnie spotkanie trzeciego stopnia z akwitańskimi krowami ;)

Damiana, Florent i Maximiliano na Hondzie ;)

Duras

Postój przy krowach

One śledzą każdy Twój ruch.... ;))

środa, 1 września 2010

Mototrip 2010. Santander, dzień trzeci

      Kolejną atrakcją, której absolutnie nie można przeoczyć w okolicach Santanderu, jest wizyta w Parque de la Naturaleza Cabárceno, szczególnie jeżeli towarzyszą nam dzieciaki lub sami jesteśmy dzieciakami naznaczonymi wizją z Jurassic Park. Bo park ten,może niekoniecznie jurajski, ale formą swoją przypomina właśnie ten filmowy. Roślinożercy puszczeni są wolno, a mięsożercy zamknięci na wybiegach o nieporównywalnie większych do standardowego zoo obszarach. Po parku poruszamy się własnym samochodem bądź pieszo, opłata za jedną osobę wynosi 20 € (zapewne są zniżki dla dzieciaków, ale ja nie korzystałam, więc nie wiem ;). Warto zajechać do parku na całodniowe zwiedzanie, nie tylko dla zwierząt, ale również na szczególne, górzyste położenie parku oraz charakterystyczne miedziane zabarwienie gleby, bo Cabarceno to nie tylko zoo, to przede wszystkim bardzo ładne zoo, okraszone pokazami z udziałem fok oraz drapieżnych ptaków. Ale co tu gadać! Najlepiej pokazać!

Pokaz z udziałem fok
Focze wygłupy
Struś się na mnie czai
Imponujący wybieg słoni
Pokaz ptaków drapieżnych


 

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Mototrip 2010. Santander, dzień pierwszy i drugi

        I w końcu dotarłam do Hiszpanii! Na granicy Iberia od razu odznaczała się od francuskiego nieba słonecznym, bezchmurnym pasem błękitu. Do Santanderu towarzyszyła mi przepiękna autostrada A-8, biegnąca wzdłuż samego wybrzeża, słynąca z wyjątkowo malowniczych jak na autobanę widoków. Sam Santander ,w porównaniu do innych nadmorskich hiszpańskich kurortów, nie powala na kolana. Od taka Łeba, tyle że w bardziej egzotycznym wykonaniu. To co kusi, to bliskość gór i oceanu.
         Do znajomego Juanlu dotarłam koło popołudnia. Akurat w porę, by wziąć prysznic, przekąsić coś na kolację i wyruszyć na spacer nad brzegiem morza, gdy zapadał już zmrok. Gdyby nie porywisty wiatr, rzucający nami na lewo i prawo, byłoby całkiem przyjemnie. Po spacerze udaliśmy się do wspólnie wynajmowanego przez znajomych Juanlu pomieszczenia przemysłowego w olbrzymim, postindustrialnym budynku. Taki ponoć zwyczaj w Hiszpanii - tam, gdzie nie można przez cały rok bawić na plaży lub na ulicy, studenci mieszkający z rodzicami wynajmują całymi grupami (w tym przypadku była to grupa około 15osobowa) różne pomieszczania, by nadać im kształt komun, do których każdy wynajmujący ma klucz. Taka komuna to nie tylko miejsce spotkań wolne od upierdliwych rodziców, ale przede wszystkim miejsce rozrywek tj. bilard, gry telewizyjne, kino domowe czy zwykłe pogaduchy przy winie. W tej oto komunie, zbiorowisku przedmiotów znalezionych, przez zaledwie trzy wieczory poznałam około 20 osób!
          Po udanym wieczorze nastało udane przedpołudnie.Wybraliśmy się bowiem na krótką wycieczkę łodzią Alberta, jednego z poznanych ubiegłego wieczoru kolegów Juanlu. Zaopatrzeni w sycące bocadillos (kanapki) wylądowaliśmy na pobliskiej wysepce - plaży. Chłopaki grali w siatkę, a ja leżałam jak zwłoki i rozkoszowałam się pierwszym w tej wyprawie dniem na plaży. I tak oto upłynął dzień drugi, aż do kolejnego wieczora spędzonego w komunie, w towarzystwie nowych znajomych oraz hiszpańskiego wina za 2 euro ;)

Tyłem Alberto, kapitan na statku, na łodzi - Fernando i Juanlu

Drużyna kapitana stroi głupie miny ;)

W porcie. Mycie fury.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Mototrip 2010, Przerzut przez Francję Centralną, czyli Owernia i Masyw Centralny rulez.

    Cel: Levignac de Guyenne nieopodal Bordeaux. Tam mieszka kuzynka mojego ojca, pół Dominikanka, pół Polka, jej mąż pół Hiszpan, pół Francuz oraz ich dzieci, mieszanki wybuchowe kilku nacji! Z Antwerpii zmierzałam w stronę Clermont-Ferrand, by choć zahaczyć o słynny Masyw Centralny, zielone serce Francji. Jak podają przewodniki, żeby poznać prawdziwą Francję koniecznie trzeba się udać właśnie tam, szczególnie do wulkanicznej Owernii.
    Ale póki co czekała mnie dość żmudna trasa francuskimi landówkami, czyli walka z oznakowaniami, bo co by tu nie kryć, o pomyłki na trasie nie jest trudno! Zawsze hołubiłam się faktem, że jeżdżę tylko i wyłącznie prowadzona mapą, ale we Francji niejednokrotnie żałowałam braku gps-u. Kolejnym utrudnieniem na trasie były niezmierzone, puste, rolnicze przestrzenie w promieniu około 150 km od Paryża, które nie tylko męczyły swoimi niezmiennie nudnymi, bezludnymi krajobrazami, ale również martwiły coraz rzadziej napotykanymi stacjami benzynowymi po drodze, a szczególnie tymi, na których można płacić gotówką bądź kartą płatniczą, ale nie kredytową. Przy moim baku wystarczającym jedynie na 300 km takie puste przestrzenie naprawdę mogą przysporzyć zmartwień.

Rolnicze bezludzia na wysokości Paryża

         Jedyną ciekawostką na odcinku do Auxerre, gdzie spałam na jednym z dwóch campingów w całej swojej podróży, okazali się Brytyjczycy spotkani na stacji benzynowej, którzy wracali bądź wybierali się na zlot swoich ulubionych oldtimerów (jakich, tego dokładnie nie wiem, wiem jedynie, że były wyjątkowo piękne;) oraz dziwaczne, słomiane reklamy-straszaki, ustawione gdzieś po drodze w totalnym pustkowiu.

Brytyjscy miłośnicy oldtimerów


Słomiane straszaki

            Na całe szczęście już na wysokości Paryża w drodze z Antwerpii pogoda poprawiła się znacznie z pochmurnej i lekko deszczowej na słoneczną i odczuwalnie cieplejszą. Około godziny 8 zaczęłam się już rozglądać za campingiem, zdecydowanie wolałam jednak przejechać Auxerre i poszukać czegoś za miastem, bo nauczona doświadczeniem wiedziałam, jak wielką różnicę w cenie możemy osiągnąć szukając jedynie kawałek za miastem. I rzeczywiście, znalazłam urokliwy camping przy rzece pod wiaduktem, gdzie co prawda tablice informowały, że w razie alarmu powodziowego należy wskoczyć na najwyższy punkt zostawiając cały dobytek, co mnie ciut przeraziło, bo bez motoru i bagaży nie ostałoby mi nic innego, ale generalnie skromny camping pozostawił na mnie miłe wrażenie. Tanio (całość 7 euro, za namiot oraz pojazd), cicho, sami Francuzi, grający w bule wieczorkiem oraz przemiły pan w obsłudze, który z uśmiechem zalewał mi zupki Knorra ;)

Z lewej - tęcza na trasie, zapowiedź pogody, z prawej - urokliwy camping

              Następnego dnia poleciałam już na Clermont-Ferrand. Ileż naczytałam się o wulkanicznej krainie Owernii! Chciałam choć liznąć serca Francji, zanim dotrę do rodziny pod Bordeaux. Miałam tylko jeden dzień, by możliwie zbliżyć się do Owernii, przejechać Clermont-Ferrand i dotrzeć do Levignacu. Trasa pozornie nie aż tak imponująca , może z 500 km, ale samo przedarcie się przez Clermont-Ferrand zajęło dobrą godzinkę, a i po drodze coraz więcej urzekających widoków na postój typu siku, fota lub kanapka.

Pagórkowate, zielone pastwiska Francji Centralnej

Przydrożne jeżyny - pierwsze owoce tej wyprawy i to za free! ;)

         Sama Owernia, zarówno z daleka, jak i z bliska okazała się wyjątkowo kusząca. Gdyby nie ograniczenia czasowe (rodzina już czekała i się niecierpliwiła), najchętniej wjechałabym w sam środek wulkanicznej krainy i spędziła tam dobre dwa dni. Ale obiecałam sobie, że jeszcze tam wrócę, może bez motoru, co by to móc sobie swobodnie podreptać po wulkanach. Ale wciąż trochę szkoda tego, co w środku za owalką zewnętrznych wierzchołków....

Owernia w tle
Jeden z wygasłych wulkanów


Wulkaniczna kraina
       Do Levignacu dotarłam około 22. Trochę jeszcze było krążenia po drodze, drobne nieporozumienie przy zamkniętym szlabanie, który jak się okazało, jest zepsuty i zamknięty cały czas ;), ale w końcu po wielu godzinach trasy dotarłam do rodziny, której nie widziałam dobrych 8 lat. Trochę czasu zleciało, ale jedno pozostało niezmienne - Damiana, kuzynka mojego ojca, jak zwykle uśmiechnięta i w dobrym nastroju!

sobota, 28 sierpnia 2010

Mototrip 2010. Antwerpia w pigułce.

       W Belgii warto się zatrzymać z kilku powodów: dla piwa, dla Brugii, dla słynnych "Belgian waffles" (belgijskie gofry w czekoladzie), no i ewentualnie, jak komu po drodze, w Antwerpii ;) Mnie akurat ściągnął tam znajomy poznany we Wrocławiu, który koniecznie chciał ugościć mnie na swoim terenie. I bardzo się cieszę, że do Antwerpii w rezultacie zajechałam, bo jakże krótki pobyt obfitował w całkiem niezłe wrażenia.
       U Kristofa rozgościłam się koło południa, a ponieważ zamierzałam wyjechać już następnego poranka, czasu na zwiedzanie nie było zbyt wiele. Wrzuciliśmy zatem moje wciąż mokre ubrania do suszarki i po krótkim posiłku z lotu wskoczyliśmy na rowery, które jak w całym Beneluxie, są najbardziej popularnym środkiem komunikacji. W przeciągu zaledwie dwóch godzin już mogłam uznać Antwerpię za zwiedzoną ;)





Antwerpia na rowerze


drugie po Rotterdamie miasto portowe Europy

dworzec główny w Antwerpii

      Coś nie mam dziś natchnienia, ale to, co można uznać za najciekawsze w Antwerpii to zdecydowanie stare miasto oraz dworzec główny, przepiękny, odrestaurowany, robiący ogromne wrażenie, szczególnie w środku. Rzadko w końcu się widuje czteropiętrowe perony ;) Ale to nie zabytki Antwerpii zdecydowały o jej atrakcyjności, a wieczór, jaki spędziłam wraz z Kristofem na imprezie pożegnalnej jego znajomej, która akurat miała wyjechać na stypendium do Włoch. Przyjęcie urządzone w dokładnie takim stylu, jakim wyobrażałam sobie imprezy, które będę urządzać już we własnym domu: impreza w salonie oraz na tarasie - w ogrodzie, na wpół zadaszona, lampiony zawieszone na drzewkach owocowych, długi stół, przy którym siedzą starsi, oraz wysokie stoliki barowe, przy których żlopią piwo młodsi oraz uwaga! oryginalna, drewniana łódź, ustawiona na trawniku, wypełniona do połowy wodą, w której chłodzą się pyszne belgijskie browarki. Cud miód i malina. I w takiej to atmosferze bawiliśmy się wszyscy razem, od pokolenia naszych dziadków, po kilkuletnie brzdące, gaworząc to po angielsku, to troszkę po niemiecku, no i po polsku, ale to tylko ja i mój kolega, który jednak nie wykracza poza podstawowe zwroty typu "lubię to";)
         Do domu wróciliśmy w bardzo dobrym nastroju, szczególnie ja, ucieszona nowymi znajomościami oraz dobrym litrem beligjskiego piwa. Czas jednak naglił i z żalem pożegnałam się z Antwerpią już następnego poranka.

Po lewej Rubens, po prawej Pan Nie Pamiętam Kto ;)


   
        











          

   

środa, 25 sierpnia 2010

Mototrip 2010. Amsterdam, dni kolejnych parę

    Amsterdam? Miał być jeden dzień, góra dwa. Los chciał, że zrobiły się z tego dni cztery, najpierw z powodu pogody, później z powodu szwankującej suszarki, która niby moje ubrania suszyła, a w rezultacie pozostawiła je tak samo mokrymi jak przed suszeniem.  Legendy o Amsterdamie każdy zna, że swoboda, że luz, że dragi, alko, geje i dziwki. I w sumie tak trochę jest. Pobyt w Amsterdamie rozpoczęłam od spaceru z kumpelą po centrum, a pierwszym przystankiem był park oraz aktywność bonusowa, czyli sączenie porto. I wtedy właśnie pomyślałam jaki to komfort, usiąść sobie na ławce, sączyć wino, obserwować ludzi, nie mając poczucia, że każda mijająca osoba mierzy cię groźnie wzrokiem i przeklina w duchu, tylko za sam fakt picia alkoholu. Nie wspominając już o innych używkach...
 
sielanka i wypas na trawie

   
                 Samo miasto robi bardzo przytulne wrażenie, może po 3 godzinach city tour'u ciut schizofreniczne, bo ulice dość do siebie podobne, a i budynków architektonicznie odstających od pozostałych jest niewiele i nagle wszystkie ulice zlewają się w jedno, jak w "Sklepach cynamonowych" Schulza. Ale spaceruje się miło, szczególnie po odwiedzeniu licznych coffee shopów i wypiciu kilku kaw, ofkors ;) Ponoć Holendrzy rodowici z Amsterdamu uciekają, bo za głośno i za brudno, i rzeczywiście można już gdzieniegdzie dostrzec swojski brudek, ale to nam Polakom pomaga tylko poczuć się jak w domu ;)) Pełno w Amsterze również przecudacznych knajp, sklepików oraz innych przejawów bytności zagranicznych Nomadów, którzy przywędrowali do Holandii w poszukiwaniu czasem pracy, czasem to przygody, a innym razem powiewu undergroundu. Bo taki też jest Amsterdam, wyklęta stolica undergroundu. W skali mini, bo maxi znajdziemy w Berlinie, Londynie czy Barcelonie.


ulice Amsterdamu i  reggae ufo
     
          Po kilku dniach leniuchowania i czekania na lepszą pogodę, wybrałam się z Hanią do Leiden, gdzie aktualnie pracowała jako nauczycielka niderlandzkiego. Trzeba było rzucić okiem na holenderskie wybrzeże, ale morze jak morze, nie zwaliło mnie z nóg, zwłaszcza kiedy zasmakowało się już oceanu. Poprzewalałyśmy się po piachu jak walenie wyrzucone na brzeg i wróciłyśmy z powrotem do Amsteru. A następnego dnia, po wymianie uścisków, podziękowań oraz buziaczków opuściłam swawolny Amsterdam oraz Holandię, z całą jej rozkoszną sielanką...


foka Hania na plaży w Leiden

wtorek, 24 sierpnia 2010

Mototrip 2010. Hamburg - Zwolle, dzień trzeci

     Czyli najbardziej deszczowy dzień całej mojej podróży. Co prawda kurtka Modeki Virginia Lady sprawowała się całkiem nieźle, ale lekkie spodnie Acerbisa, już nieszczególnie... I choć bardzo je lubię, to nie  takie ich przeznaczenie- podróże w deszczu. Generalnie trasa była wyjątkowym pogodowym hardcorem. Regularny deszcz o średnim natężeniu każdy jest w stanie jakoś znieść, ale to nie był regularny deszcz o średnim natężeniu. Gdyby ktoś miał mnie pytać o skojarzenia, jakie nasuwają mi się po tym odcinku, powiedziałabym, że to raczej wyglądało jakby niebo nad Niemcami Północnymi było na pewnych odcinkach dziurawe, bo takiej częstotliwości ulew jeszcze na oczy nie widziałam. Za każdym razem kiedy przejechałam przez oberwanie chmury, okazywało się, że niestety doganiam kolejną burzę. Robiłam z cztery przystanki, tylko po to, by dać kolejnej burzy troszkę czasu, żeby mogła się ode mnie oddalić. Ale prędzej czy później i tak musiałam przejechać przez jej "epicentrum", "oko", czy jak to licho nazwać.
     Po jakimś czasie przestało mi już zależeć, kombinowanie na nic się nie zdało i tak byłam już doszczętnie przemoczona. Nogi pływały mi w wodzie, a dłonie wyglądały prędzej jak kalafior albo szczeniaczki sharpei. Dobrze, że chociaż aparat i dokumenty były bezpieczne w wewnętrznej, wodoodpornej kieszeni kurtki. 
  

Od lewej: postój, postój, Zwolle

               Jeżeli chodzi o atrakcje widokowe, cóż, generalnie to odechciało mi się widoków, ale regiony są dość swojsko przyjemne. Dużo wybiegów dla koni, pola słonecznikowe, niska zabudowa, niemalże barakowa, czerwone cegła. Bardzo zielono i mało ludziów. Po raz pierwszy też miałam okazję odwiedzić Holandię i byłam w ciężkim szoku. Tereny przy granicy niemieckiej:  bajkowe, utopijnie piękne! Wjeżdża się jak do raju utraconego, gdzie wszyscy uprawiają sporty, kierowcy jeżdżą wolno, domki wyglądają jak z piernika, a trawa jest zielona jak podkręcona w photoshopie. Do Zwolle dotarłam wymęczona jak diabli i z radością wysuszyłam się i wygrzałam u swojej miłości ;)


Jeden z nielicznych niedeszczowych postojów w drodze do Zwolle




 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Mototrip 2010, Hamburg, dzień pierwszy i drugi

    Z Bolesławca wyjechałam około 11.30, po drodze kupując jeszcze 4gigową kartę do aparatu (wygrana za relację motocyklową dla National Geographic Traveler'a;) i wagon fajek dla ukochanego w Holandii. Do kumpeli ze studiów w Hamburgu dotarłam może około 22. Przelotowa, koło 95 km/h, bolesna nauczka po Francji 2010- nie jeździc za szybko! Pan Leszek Kwiecień z K+K Motocykle doradził nawet przed wyjazdem, żeby zaznaczyć sobie czy farbką czy jakąś naklejką max i min na manetce, żeby zawsze kontrolować obroty.
    Do Hamburga dotarłam mega zmarnowana, dlatego po kolacji, winku i pogaduchach, padłyśmy z kumpelą do wyra. Z rańca zwiedzanie miasta, które zgodnie z moimi oczekiwaniami okazało się zachwycające. Olbrzymie lofty, portowy klimat, dużo wody, stare miasto rozrzucone pomiędzy kanałami, wszystko nadające miejscu niepowtarzalny charakter tradycyjnego miasta hanzatyckiego. Poza tym Hamburg obok Berlina to drugie kompletnie "nieniemieckie" miasto multikulti, pełne subkultur i o mocno swobodnej obyczajowości. Świadczą o tym chociażby ulica Davidstrasse, gdzie co metr można spotkać coraz to bardziej opryskliwą i wulgarną prostytutkę, "Żelazna Brama", czyli uliczka uciech tylko dla panów powyżej 18 lat oraz cała dzielnica wokół tych objektów, gdzie można odwiedzić miejsca seksualnych rozrywek różnej maści: od kabaretów z transwestytami w roli głównej, po burdele na kształt dzielnicy Czerwonych Latarni w Amsterdamie. Bardzo rozrywkowe miasto, jak dla mnie bomba ;)



Hamburg - hanzatycki klimat

    Pogoda w Hamburgu raczej dość wietrzna i deszczowa, jak w reklamie lakieru Taft ;) Polecam przede wszystkim najstarszą dzielnicę miasta oraz koniecznie przemieszczanie się statkiem, który jest takim samym środkiem komunikacyjnym jak metro czy autobusy. Koniecznie trzeba wybrać się też na Fischmarkt, najlepiej o 5 nad ranem po imprezie, kiedy to kanapka ze świeżą rybą najlepiej będzie wchodzić ;) Ja w trakcie tripu nie imprezuję, chyba, że dłuższy postój, ale że następnego dnia opuszczałam już miasto w drodze do Holandii, poimprezowej kanapki niestety nie miałam okazji spróbować.

Hamburg -  dużo wody, dużo night clubów ;)

niedziela, 22 sierpnia 2010

Mototrip 2010, czyli trasa moja i Hondziaka

Trasa jak poniżej! Najpierw przystanek u Kingi w Hamburgu - Zwolle u Davida (mój chlopak) - przystanek w Amsterdamie u kumpeli Hanki - Antwerpia z Krikke, kolegą z Erasmusa we Wrocławiu - jedna noc na campingu w sercu Francji - stop u rodziny w okolicach Bordeaux - Santander ze znajomymi i powrót... Znów przystanek u rodziny - jedna nocka na campingu nad Loarą - wizyta u znajomego ze stypendium w Słowenii, Pierre'a w Roubaix (Lille) - i całe dwa tygodnie spędzone z Davidem z powrotem w Zwolle. Już się miało te złe doświadczenia, więc postanowiłam robić krótsze odcinki i tak wycelować z trasą, żeby prawie zawsze zatrzymywać się u kogoś znajomego. Bezpieczniej, raźniej, no i większy fun przede wszystkim ;)

Start z Bolesławca, ostatnia stacja - Santander