a w nim wypisz wymaluj Kopciuszek i jego śmiałe rozbijanie się (dosłownie) po Europie! Ciężko streścić półtora miesiąca jazdy, szczególnie po tak odmiennych regionach Europy jak Skandynawia i Włochy, na zaledwie kilku stronicach czasopisma. Z otrzymanego limitu 12 tys. słów i tak sporo zostało okrojonych, ale to, co ostało się, mam nadzieję, że prezentuje w miarę akceptowalny poziom i że zapewni Wam choć odrobinę motocyklowej rozrywki!
Czyli kobiece podróże małe i duże, na sprzęcie skromnym i za niewielkie pieniądze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Północ-Południe trip 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Północ-Południe trip 2011. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 14 listopada 2011
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
PODZIĘKOWANIA !!!
W tym miejscu chciałabym podziękować następującym instytucjom/firmom/osobom za aktywny udział w przygotowaniach i realizacji mojej wyprawy (w mianowniku, bo tak się lepiej pozycjonuje;)):
SPONSORZY
- Pan Bogdan Dudek i sieć sklepów Punkt, za pokrycie kosztów wachy na całą podróż
- Miłosz Jaskólski i serwis/sklep motocyklowy Motoracer.pl, za przygotowanie motocykla do trasy
- Modeka, za komplet odzieży motocyklowej
- Justtech, jedyny dystrybutor kamer Contour w Polsce, za kamerę sportową Contour GPS
PATRONATY
- Motocykl, za patronat medialny, a w szczególności Miśkowi Grabowskiemu wielkie joł! za kontakt i troskę ;)
- Radio Wrocław, za wsparcie na antenie i audycje
- portale dlaStudenta.pl, travelnity.com i Klub Podróżników Śródziemie za wsparcie online
- portalowi motogen.pl, za wywiad przez wyprawą ;)
ZIOMKI I ZIOMICE (chronologicznie)
- Piotrkowi i Agnieszce z Gdańska za pycha kolację i kanapę w dechę,
- ekipie na bejcach z Wawy za kanapki i opowieści: Andrzejowi, Adamowi ii... nie pamiętam trzeciego imienia :),
- Burcu i Ricardo z Karlskrony za międzynarodowy wieczór i lolki,
- Pawłowi i Monice z Sodertalje za szwedzkie klopsy i arabski garaż,
- Torsteinowi z Bodo za couch i filmiki edukacyjne o Norwegii,
- Henningowi z Narviku za hamburgera i tv,
- Jarno z Rovaniemi za megahistorię o polowaniu na foki i gwiżdżących niedźwiedziach
- Arji z Kemi za wyjątkowo zajebistą gościnę, z oprowadzaniem po mieście, wycieczką do lodołamacza, za pyszną kolację i skręcane papierosy;)
- Samiemu z Jyvaskyla za kurczaka po kreolsku, naciągnięcie łańcucha i smar do łańcucha (obiecuję przekazać dalej, ave!)
- Felipe i Pauli z Helsinek za couch na dwie noce, Helsinki by night i rozmowy przy dzierganiu dywanu
- Janowi i Indreklowi z Parnu za gruzińską czaczę, bimber i łychę, super bibkę i śpiewaniu przy każdym pomniku w Parnu
- litewskiej rodzinie za śniadanie, trunki i miejsce campingowe!
- Anii z Wawy za pogaduchy do poduchy i Łazienki
- Tomkowi za porady odnośnie trasy w Rumunii
- Faziemu za porady mechaniczne per mobile
- Matjazowi i Karmen za tygodniową gościnę w Celje, za całą ich życzliwość, pomoc w ogarnięciu się po dzwonie i za fajne popołudniowe wypady
- El Presidente (Urbanowi) za doprowadzenie Hondy do ładu, mieszcząc się w możliwie minimalnych kosztach
- Maćkowi Swinarskiemu z motosyberia.com za wsparcie na łączach i inspirację!
- Sile Wyższej, że przydzwoniłam na tyle lekko, że mogłam jeszcze ruszyć dalej w jednym kawałku, choć do Toskanii... OLE OLE OLE!
- oraz Przyjaciołom, Rodzinie i wszystkim fejsbukowiczom, którzy byli przy mnie duchem ;)
It's about fucking time to thank u Guys for all ur help, support, kindness, laugh, couch, food;) etc etc. Shit happens, so my final route looks lil bit different than planned (see accident in Croatia called 'how-pathetic-is-it-to-fal l-down-on-asphalt-road-dri ving-40km/h;))' BUT, still... 10000 km; 2 fails, an innocent one and a quite bitchy confrontantion with a car; 1 month driving, exploring and enjoyin' ur amaaaazing company, which made my trip a pure perfection! Looking forward to meet u somewhere in this big big world, at my place for example;) Thank u! Huge hvala lepa for Matjaz&Karmen! Kiitos! Gracias! Çok teşşekürler! Takk! Tänan! I dziękuję, wszystkim wspierającym mnie fizycznie, myślami i zaocznie przez tel ;)
SPONSORZY
- Pan Bogdan Dudek i sieć sklepów Punkt, za pokrycie kosztów wachy na całą podróż
- Miłosz Jaskólski i serwis/sklep motocyklowy Motoracer.pl, za przygotowanie motocykla do trasy
- Modeka, za komplet odzieży motocyklowej
- Justtech, jedyny dystrybutor kamer Contour w Polsce, za kamerę sportową Contour GPS
PATRONATY
- Motocykl, za patronat medialny, a w szczególności Miśkowi Grabowskiemu wielkie joł! za kontakt i troskę ;)
- Radio Wrocław, za wsparcie na antenie i audycje
- portale dlaStudenta.pl, travelnity.com i Klub Podróżników Śródziemie za wsparcie online
- portalowi motogen.pl, za wywiad przez wyprawą ;)
ZIOMKI I ZIOMICE (chronologicznie)
- Piotrkowi i Agnieszce z Gdańska za pycha kolację i kanapę w dechę,
- ekipie na bejcach z Wawy za kanapki i opowieści: Andrzejowi, Adamowi ii... nie pamiętam trzeciego imienia :),
- Burcu i Ricardo z Karlskrony za międzynarodowy wieczór i lolki,
- Pawłowi i Monice z Sodertalje za szwedzkie klopsy i arabski garaż,
- Torsteinowi z Bodo za couch i filmiki edukacyjne o Norwegii,
- Henningowi z Narviku za hamburgera i tv,
- Jarno z Rovaniemi za megahistorię o polowaniu na foki i gwiżdżących niedźwiedziach
- Arji z Kemi za wyjątkowo zajebistą gościnę, z oprowadzaniem po mieście, wycieczką do lodołamacza, za pyszną kolację i skręcane papierosy;)
- Samiemu z Jyvaskyla za kurczaka po kreolsku, naciągnięcie łańcucha i smar do łańcucha (obiecuję przekazać dalej, ave!)
- Felipe i Pauli z Helsinek za couch na dwie noce, Helsinki by night i rozmowy przy dzierganiu dywanu
- Janowi i Indreklowi z Parnu za gruzińską czaczę, bimber i łychę, super bibkę i śpiewaniu przy każdym pomniku w Parnu
- litewskiej rodzinie za śniadanie, trunki i miejsce campingowe!
- Anii z Wawy za pogaduchy do poduchy i Łazienki
- Tomkowi za porady odnośnie trasy w Rumunii
- Faziemu za porady mechaniczne per mobile
- Matjazowi i Karmen za tygodniową gościnę w Celje, za całą ich życzliwość, pomoc w ogarnięciu się po dzwonie i za fajne popołudniowe wypady
- El Presidente (Urbanowi) za doprowadzenie Hondy do ładu, mieszcząc się w możliwie minimalnych kosztach
- Maćkowi Swinarskiemu z motosyberia.com za wsparcie na łączach i inspirację!
- Sile Wyższej, że przydzwoniłam na tyle lekko, że mogłam jeszcze ruszyć dalej w jednym kawałku, choć do Toskanii... OLE OLE OLE!
- oraz Przyjaciołom, Rodzinie i wszystkim fejsbukowiczom, którzy byli przy mnie duchem ;)
![]() |
wtorek, 26 lipca 2011
Międzylądowanie!
Wróciłam! Ale tylko na moment... Podsumowanie: część północna tripu zakończyła się po niemalże 16 dniach absolutnym sukcesem. Pogoda dopisała na całym Półwyspie Skandynawskim, a wbrew wszelkim przestrogom doświadczonych motocyklistów najbardziej deszczowym regionem okazała się... Polska. Nie tylko pogoda dopisała, dopisali również wszyscy ugadani gospodarze znalezieni za pośrednictwem strony couchsurfing.org, na której oferując miejsce u siebie, można w zamian znaleźć nocleg u dowolnej zarejestrowanej osoby na całym globie. W ten sposób suchy nocleg pod dachem znalazłam w 2 miejscach w Norwegii, aż 4 w Finlandii i w jednym w Estonii.
Co do wrażeń - być może pomyłką okazał się taki a nie inny dobór kierunku trasy. Bo co tu dużo gadać, po Szwecji i Norwegii Finlandia wypada dość blado. I gdyby nie moi nowi znajomi i ekspresowy kurs fińskiej kultury wraz z tradycyjnym polowaniem na niedźwiedzie czy foki, no i gdyby nie dość kolorowe i pijackie Helsinki, to przejazdu przed Finlandię z pewnością bym żałowała. A Szwecja? Norwegia? Powalające. Masy krystalicznej wody, czystość, pustka, ośnieżone szczyty w Norwegii i cisza, cisza, której rzadko kiedy można jeszcze zaznać w Polsce.
Sporym kontrastem okazał się przeskok do historycznych Inflantów, gdzie mentalnością zbliżeni do Słowian Estończycy uraczyli mnie bimbrem., gruzińską czaczą i śpiewem, a na Litwie zupełnie obcy ludzie ze skromniutkiej chałupiny ugościli mnie lepiej, aniżeli celebrytkę z Hollywood.
I to tyle. Czas na drugą część - bałkańską. Skandynawska część poszła jak z płatka, wszystko odbyło się wg planu, bez opóźnień i awarii, tak gładko, że aż tęskniło się za czymś nieoczekiwanym. Mam nadzieję, że nieoczekiwane przyjdzie - wraz z Bałkanami ;)
Co do wrażeń - być może pomyłką okazał się taki a nie inny dobór kierunku trasy. Bo co tu dużo gadać, po Szwecji i Norwegii Finlandia wypada dość blado. I gdyby nie moi nowi znajomi i ekspresowy kurs fińskiej kultury wraz z tradycyjnym polowaniem na niedźwiedzie czy foki, no i gdyby nie dość kolorowe i pijackie Helsinki, to przejazdu przed Finlandię z pewnością bym żałowała. A Szwecja? Norwegia? Powalające. Masy krystalicznej wody, czystość, pustka, ośnieżone szczyty w Norwegii i cisza, cisza, której rzadko kiedy można jeszcze zaznać w Polsce.
Sporym kontrastem okazał się przeskok do historycznych Inflantów, gdzie mentalnością zbliżeni do Słowian Estończycy uraczyli mnie bimbrem., gruzińską czaczą i śpiewem, a na Litwie zupełnie obcy ludzie ze skromniutkiej chałupiny ugościli mnie lepiej, aniżeli celebrytkę z Hollywood.
I to tyle. Czas na drugą część - bałkańską. Skandynawska część poszła jak z płatka, wszystko odbyło się wg planu, bez opóźnień i awarii, tak gładko, że aż tęskniło się za czymś nieoczekiwanym. Mam nadzieję, że nieoczekiwane przyjdzie - wraz z Bałkanami ;)
| Back in PL. Złote łany witają. |
| Kwiaty dla mojej Dziewczyny za dobre sprawowanie. |
niedziela, 17 lipca 2011
Dzień 15ty i16ty, czyli Inflanty
Pierwszym przystankiem po zejściu na stały ląd (opuszczam w swojej opowieści kwestię promu, bo to nuda, spanie i jedzenie hamburgerów, cena - gdzieś około 70 euro, drożej niż z Gdynii do Szwecji...) było Parnu. W Tallinie powitała mnie ponurota i deszcz, więc olałam miasto i poleciałam prosto do Parnu, do ostatniego couchsurfingowego hosta w tej części wyprawy - Indrekla. Na krótkim odcinku z Tallina do Parnu doznałam niezłego szoku. Dopiero co opuściłam spokojną, czystą Skandynawię, krainę pięknych dróg, gdzie nikt nie łamie przepisów, a lew chadzałby pod rękę z gazelą, a tu nagle wjeżdżam na drogę, która wygląda jak relikt po II wojnie światowej, trzymam się rozpaczliwie prawej stronie pasa, bo wyprzedza mnie sznur rozwścieczonych, pordzewiałych ciężarówek, a okolica wygląda jak po wybuchu jądrowym... Potrzebowałam chwili, by odnaleźć się w nowych warunkach. W Parnu na parkingu pod McDonaldem zamiast Indrekla pojawił się jego kolega Jan, również motocyklista z couchsurfingu, który w tym momencie miał akurat lepsze warunki do ugoszczenia mnie. Jan okazał się superwyluzowanym kolesiem, żyjącym na przekór wszystkim zasadom, na co wskazywało już jego mieszkanie, przypominające z lekka ucywilizowany squat. Jan dopiero wrócił z wyprawy motocyklowej do Gruzji, więc moja wizyta stała się impulsem do wynoszenia stosów kartonów, puszek po piwie i butelek po wódzie. Lada chwila mieli się też zjawić jego znajomi, by uczcić jego powrót. Jan zakomunikował mi jedynie: "Wiesz, oni nie znają angielskiego, więc jakby ci się znudziło, to nie krępuj się, możesz wyjść w każdej chwili". Po tej informacji zaczęłam poważnie rozważać, czy aby nie ruszyć dalej i nie rozbić się gdzieś nad morzem, ale w rezultacie zostałam i nie żałuję! Gruzińska czacza, wóda i piwa szybciutko rozwiązały języki towarzystwa, po godzinie wszyscy stali się ekspertami języka angielskiego, po dwóch godzinach już byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a po trzech - robiliśmy obchód po mieście, śpiewając i grając na gitarze pod każdym pomnikiem. Czy pamiętam wiele z Parnu? Nie bardzo. Ale moich nowych znajomych zapamiętam na pewno ;) Z rana rzewnie pożegnaliśmy się z Janem, podarował mi tylko wyszarpany skądś fragment mapy, bym dalej na zachód mogła polecieć drogą piaszczystą, a nie tą tranzytową trasą śmierci. Kupiliśmy jeszcze olej, bo niepokoiła mnie żarłoczność Hondy w Skandynawii, po czym poleciałam w stronę Polski, wspominając ciepło miniony wieczór.
Leciałam sobie dalej vią balticą, ale niestety kac mi dokuczał okrutnie, więc musiałam legnąć na estońskiej plaży na dobrych kilka godzin. W rezultacie tak się rozleniwiłam, że udało mi się dotrzeć po całym dniu zaledwie na Litwę, jakichś 100 km od Kowna i tam około 20:30 zaczęłam rozglądać się za noclegiem. Za cholerę nie mogłam znaleźć miejsca pod namiot, wszędzie pola i to odsłonięte, zero parkingów czy innego przytulnego miejsca, gdzie nie byłabym wystawiona na wiatr, deszcz i wioskowych podglądaczy;) W końcu skręciłam do najbliższej wsi i po chwili rozeznania napotkałam na młodą, na oko 16letnią parkę, która zaproponowała mi rozbicie namiotu na podwórku u dziewczyny. Przemili ludzie, bardzo gościnni, uraczyli mnie wszystkim , co mieli najlepsze, pomogli rozbić namiot, pokazali całe obejście skromnej chałupiny, włącznie z królikami i dwoma psami. Z rana ledwo wystawiłam głowę z namiotu, a już najmłodszy syn siedzący na ganku krzyknął na mamę i ta przyniosła gorące, parujące wciąż parówki i pomidory. Jako że w szkole nie uczyłam się rosyjskiego, ciężko było mi zrozumieć panią domu, ale po 10 min wspólnego picia herbaty zaczęłam swobodniej rozumieć to i owo i nawet udało mi się wytłumaczyć mniej więcej przebieg mojej całej trasy. Jakież wzruszające spotkanie z braćmi ze wschodu, u których zachowało się jeszcze tradycyjne znaczenie słowa "gościna"! W stronę Polski turlałam się w poczuciu wewnętrznego wstydu, bo przecież odpłynęliśmy tak daleko w materializm. Czy wraz z postępem tracimy resztki przyzwoitości i zwykłej ludzkiej życzliwości? Jak daleko posuniemy się jeszcze w izolacji i indywidualizmie? Pytania kotłowały się w mojej głowie, a obraz biednej chałupy, zaniedbanych Litwinów, którzy wystawili się ze wszystkim, co mieli i zapewniali, że "nie treba haraszo, my dobri lud", na długo utkwił w mojej pamięci. Być może na całe życie.
| Na promie |
| Postój w Estonii |
| Mieszkanie Jana ;) |
| Przystanek w środku pola, alternatywna trasa wskazana przez Jana |
| Estońskie, półdzikie wybrzeże |
| Motokac |
| Dobre, wschodnie klimaty nie są złe, ale czasu ni ma krucafiks, trzeba zasuwać do domu ile wlezie...!!! |
| W moim rankingu na najprzyjemniejszy nocleg na miejscu nr 1, ex auquo z bibką u Jana w Parnu |
Etykiety:
Estonia,
Litwa,
Łotwa,
Północ-Południe trip 2011
piątek, 15 lipca 2011
Dzień trzynasty i 14ty, czyli Helsinki na całego
Z Helsinkami to w sumie wyszła całkiem fajna sprawa, bo jechałam z nastawieniem, że zostanę jedną noc, a następnego dnia o 14 popłynę do Tallina. I tak to też zaplanowaliśmy: ja, Kolumbijczyk Felipe, mój host, oraz jego dziewczyna Paula, oryginalna, lnianowłosa Finka. Wieczorem wyszliśmy z Felipe na nocny walk po stolicy i na browara do jednej z knajp, gdzie pracuje znajomy Salwadorczyk. Byłam mile zaskoczona swojskością Helsinek. Brudni żule, nawaleni młodzi, trochę śmiecia na ulicy, wszystko to sprawiło, że od razu poczułam się jak w domu. Helsinki architektonicznie na pewno nie powalają, ale mają w sobie urok wybuchowej mieszanki, łączącej wielkomiejskie, stołeczne ambicje z klimatem końca świata. To, co rzuca się w oczy, to na pewno fiński design. Wystawy przyciągają wzrok i kuszą niepowtarzalnym wzornictwem, geometrycznym minimalizmem zmieszanym z odrobiną folkloru. Jest to zatem dobry kierunek dla lansiarzy z Warszafki, którzy w pogoni za oryginalnością zazwyczaj lecą na szoping do Berlina. W Helsinkach odjebaliby się na bogato i oryginalnie od stóp do głów, i to za całkiem rozsądną cenę.
Jak już pisałam, taki był plan, żeby zmyć się z Helsinek o 14. Felipe obiecał oprowadzić mnie jeszcze do tego czasu po mieście za dnia, on na swoim e-bike'u, ja na motocyklu. Umówiliśmy się, że on będzie jechał szybko, a ja wolno i w ten sposób obskoczyliśmy miasto w zaledwie 1,5 godziny. Pod koniec touru dołączył do nas Salwadorczyk, na deskorolce, więc aż do portu stanowiliśmy całkiem ciekawy korowód;) Niestety w porcie okazało się, że prom jest full, a na liście oczekujących 90 samochodów, więc upewniwszy się, że Felipe nie ma nic przeciwko, postanowiłam zostać na jedną noc dłużej. W porcie po chwili otoczyła mnie grupa Polaków, którzy nie znali angielskiego, więc nijak nie byli w stanie dowiedzieć się, jaka jest sytuacja. Zanim im wszystkim wytłumaczyłam, o co biega i pomogłam zabukować bilety na dzień jutrzejszy, minęła kolejna godzina. Dopiero wtedy mogłam wrócić do centrum, by wciągnąć z Felipe przepyszną rybkę i spędzić popołudnie tak jak Bóg przykazał - rozkoszując się lipcowym słońcem i popijając browarka w tłocznym centrum Helsinek.
Jak już pisałam, taki był plan, żeby zmyć się z Helsinek o 14. Felipe obiecał oprowadzić mnie jeszcze do tego czasu po mieście za dnia, on na swoim e-bike'u, ja na motocyklu. Umówiliśmy się, że on będzie jechał szybko, a ja wolno i w ten sposób obskoczyliśmy miasto w zaledwie 1,5 godziny. Pod koniec touru dołączył do nas Salwadorczyk, na deskorolce, więc aż do portu stanowiliśmy całkiem ciekawy korowód;) Niestety w porcie okazało się, że prom jest full, a na liście oczekujących 90 samochodów, więc upewniwszy się, że Felipe nie ma nic przeciwko, postanowiłam zostać na jedną noc dłużej. W porcie po chwili otoczyła mnie grupa Polaków, którzy nie znali angielskiego, więc nijak nie byli w stanie dowiedzieć się, jaka jest sytuacja. Zanim im wszystkim wytłumaczyłam, o co biega i pomogłam zabukować bilety na dzień jutrzejszy, minęła kolejna godzina. Dopiero wtedy mogłam wrócić do centrum, by wciągnąć z Felipe przepyszną rybkę i spędzić popołudnie tak jak Bóg przykazał - rozkoszując się lipcowym słońcem i popijając browarka w tłocznym centrum Helsinek.
| Nocne zwiedzanie z Felipe, a niebo tego lata było wyjątkowo krwiste.. |
| Dzienne zwiedzanie na moto |
| Przewodnik na e-bike'u |
| Foczzzz w |
| Zrobię sobie zdjęcie w odbiciu, i ch! |
| Mmmm, szwedzkie klopsiki przy tym wymiękają |
| AMEN. |
| Luksusowy port |
| Miejsce zaczepek. To tam pewien Libijczyk się przysiadł do mnie palącej fajana i zaczął wychwalać kaliber swojej armaty, danej mu od łaskawego Allaha. |
środa, 13 lipca 2011
Dzień 10ty, 11ty i 12ty, czyli Mikołaj sucks, ale Finowie już rulez
Rovaniemi opuściłam na luzie, bez pośpiechu. Akurat tak się szczęśliwie złożyło, że w Finlandii zostałam dosłownie obsypana propozycjami noclegu od ludzi zarejestrowanych na portalu couchsurfing.org. I tak np. gdy już wiedziałam, że mam pewny nocleg w Kemi, na dokładkę odezwał się Jarno z Rovaniemi, również motocyklista. I choć z Rovaniemi do Kemi jest zaledwie 100 km, to postanowiłam zatrzymać się w obu miejscach, bo nowo poznanych ludzi i ciekawych historii nigdy za wiele. Jarno opowiedział mi o polowaniach na foki, praktykowanych jeszcze przez jego dziadka w latach 60. W późniejszych latach wprowadzono surowe restrykcje, które spowodowały, że większość myśliwych odeszło od polowań. Jarno zapewnił mnie, że dziś nikt już nie wie, jak powinno się to robić, bo nikt nie przekazał młodemu pokoleniu najsprawniejszych, tradycyjnych metod. Ponoć taka foka to nieźle szczwane zwierzę, które nie tylko bardzo dobrze widzi, ale i słyszy oraz węszy. Dlatego postrzelić fokę można tylko i wyłącznie wtedy, gdy wyłoni się z przerębli (poluje się zimą), by zaczerpnąć powietrza. Ale trwa to dosłownie sekundy...
Jeszcze bardziej fascynująca okazała się historia o niedźwiedziach. Jarno zaskoczył mnie stwierdzeniem, iż poruszającego się w zaroślach niedźwiedzia najłatwiej rozpoznać po charakterystycznym... gwizdaniu. Ponoć przekonał się o tym w wieku 6 lat, gdy mieszkał we wsi oddalonej o 12 km od gniazda niedźwiedzi. Pewnego dnia wybrał się z mamą na spacer po lesie, gdy nagle trzasnęło kilka gałęzi w zaroślach pod niewiadomym ciężarem, a matka kazała mu się uciszyć. Jarno myślał, że to jego ojciec pogwizduje sobie, płatając im figla, ale poważna mina matki dała mu do zrozumienia, że chodzi o zabłąkanego misia. "Niedźwiedź brunatny i tak nigdy nie zaatakuje niezagrożony, tylko w obronie własnej bądź małych. Gorzej z niedźwiedziem polarnym. Ten atakuje, żeby cię zeżreć." - powiedział do mnie, porozumiewawczo mrugając okiem. Ale nawet z brunatnymi nie ma żartów. Kiedyś jego kolega natrafił niechcący na młode i padł trupem, twarzą do ziemi, bo miś nieświeżym ścierwem gardzi, a i tak rozwścieczona niedźwiedzica zdarła mu skórę z tyłu głowy. Dlatego, drogie Dzieci, strzeżcie się misiaków! Szczególnie tych białych!
Po opuszczeniu kwatery Jarno, udaliśmy się wspólnie do Parku Świętego Mikołaja. Tam miałam się również spotkać z moimi kolegami z promu, którzy wracali już z dalekiej północy. Skończyło się jednak na tym, że chłopcy zagapili się i polecieli za daleko, a ja rzuciłam okiem na park, który wyglądał jak najzwyczajniejszy, komercyjny parking, skorzystałam z santaclausowej toalety i wróciłam na trasę, zeby złapać chłopaków 30 km dalej. Byłam mocno rozczarowana Mikołajem. Spodziewałam się czarodziejskiej wioski w środku iglastego lasu, która przeniesie mnie w czasy utraconego dzieciństwa. Wyobrażałam sobie confetti spadające z nieba, wysokie aż do nieba laski z cukru, domki z piernika i gadające renifery, a zastałam kilku przebierańców na etat i stos kiczowatych gadżetów za grubą kasę. Do dupy z takim Mikołajem!
Szybko dogoniłam swoich kolegów, którzy podzielili się wrażeniami z Północy. W odróżnieniu od innych motocyklistów, którzy owczym pędem gnają na komercyjny Nordkapp, chłopcy odbili na wschód do Gamviku, który jest praktycznie na tej samej wysokości co Nordkapp, a dostarcza o niebo intensywniejszych wrażeń, bo nie ma tam dosłownie ni ko go, oprócz garstki mieszkańców, rzecz jasna. Ale z turystów mało kto zapuszcza się w te odludne regiony. Ponoć nawet stan dróg wskazuje na to, iż nie jest to najbardziej popularny target dla odwiedzających z całego świata. Chłopcy przekonali mnie, że nie warto podążać utartymi szlakami. Jeżeli wrócę do Norwegii, by zapuścić się jeszcze dalej na północ, to tylko do Gamviku!
Po pół godzinnym postoju ruszyliśmy każdy w swoją stronę, chłopcy na BMW ciut szybciej, ja jak zwykle swoim hondziakowym, 125ccmowym tempem ;) W Kemi ugościła mnie przemiła Arja, nakarmiła, oprowadziła po malutkim Kemi, które zniszczone przez Niemców w trakcie wojny, nie ma niestety zbyt wiele do zaoferowania. A jedyna jego atrakcja - lodołamacz Sampo - spędza lato w porcie przemysłowym za miastem, bo niestety port turystyczny w centrum miasta jest dla niego za płytki.
Kolejnego poranka wyruszyłam do Jyvaskyla, gdzie czekać miał na mnie Sami, trzeci już gospodarz w Finlandii znaleziony za pośrednictwem couchsurfingu. To on dał na mnie namiary Arji, która uparła się, że tez chce gościć dziewczynę, która jedzie samotnie na 125 ccm z Polski. Sami to wielbiciel wschodnich klimatów. Kilkakrotnie wybrał się już do Rosji, raz nawet z Polakami, których spotkał na trasie do Mongolii. Opowiedział przejmującą historię o wypadku, który tymże Polakom przytrafił się w drodze powrotnej, już bez Samiego. Kierowca miał się niby zagapić, patrząc w tył, czy jego dziewczyna dotrzymuje mu kroku, gdy nagle zgarnął kufrem dwie osoby stojące na poboczu. Poszkodowani trafili do szpitala, a Polacy, po przesłuchaniu, wrócili do Polski. Ponoć dwójka Rosjan zmarła, jak się później dowiedział Sami, a choć minął już rok, sprawa jeszcze nie trafiła do sądu. Mocne, nie? Czasem cena podróżowana przekracza nasze najśmielsze wyobrażenia...
W klimacie podróżniczych rozmów spędziliśmy wyjątkowo miły wieczór. Sami z rana pognał do pracy, a po mnie w jego mieszkaniu została jedynie kopciuszkowa przypinka na lodówce oraz krótki podpis. jeden z wielu pozostawionych przez couchsurferów, których Sami gościł przede mną. Ruszyłam w stronę Helsinek, by poznać choć jedno większe, skandynawskie miasto i w wielkim stylu pożegnać się z Lądem Północnym.
Jeszcze bardziej fascynująca okazała się historia o niedźwiedziach. Jarno zaskoczył mnie stwierdzeniem, iż poruszającego się w zaroślach niedźwiedzia najłatwiej rozpoznać po charakterystycznym... gwizdaniu. Ponoć przekonał się o tym w wieku 6 lat, gdy mieszkał we wsi oddalonej o 12 km od gniazda niedźwiedzi. Pewnego dnia wybrał się z mamą na spacer po lesie, gdy nagle trzasnęło kilka gałęzi w zaroślach pod niewiadomym ciężarem, a matka kazała mu się uciszyć. Jarno myślał, że to jego ojciec pogwizduje sobie, płatając im figla, ale poważna mina matki dała mu do zrozumienia, że chodzi o zabłąkanego misia. "Niedźwiedź brunatny i tak nigdy nie zaatakuje niezagrożony, tylko w obronie własnej bądź małych. Gorzej z niedźwiedziem polarnym. Ten atakuje, żeby cię zeżreć." - powiedział do mnie, porozumiewawczo mrugając okiem. Ale nawet z brunatnymi nie ma żartów. Kiedyś jego kolega natrafił niechcący na młode i padł trupem, twarzą do ziemi, bo miś nieświeżym ścierwem gardzi, a i tak rozwścieczona niedźwiedzica zdarła mu skórę z tyłu głowy. Dlatego, drogie Dzieci, strzeżcie się misiaków! Szczególnie tych białych!
![]() |
| |
Szybko dogoniłam swoich kolegów, którzy podzielili się wrażeniami z Północy. W odróżnieniu od innych motocyklistów, którzy owczym pędem gnają na komercyjny Nordkapp, chłopcy odbili na wschód do Gamviku, który jest praktycznie na tej samej wysokości co Nordkapp, a dostarcza o niebo intensywniejszych wrażeń, bo nie ma tam dosłownie ni ko go, oprócz garstki mieszkańców, rzecz jasna. Ale z turystów mało kto zapuszcza się w te odludne regiony. Ponoć nawet stan dróg wskazuje na to, iż nie jest to najbardziej popularny target dla odwiedzających z całego świata. Chłopcy przekonali mnie, że nie warto podążać utartymi szlakami. Jeżeli wrócę do Norwegii, by zapuścić się jeszcze dalej na północ, to tylko do Gamviku!
| Kolejne spotkanie na trasie. Z Adamem, Andrzejem i Tym Trzecim, Którego Imienia Nie Pamiętam ;) |
| Wybrzeże pod Kemi |
| Lodołamacz Sampo |
Kolejnego poranka wyruszyłam do Jyvaskyla, gdzie czekać miał na mnie Sami, trzeci już gospodarz w Finlandii znaleziony za pośrednictwem couchsurfingu. To on dał na mnie namiary Arji, która uparła się, że tez chce gościć dziewczynę, która jedzie samotnie na 125 ccm z Polski. Sami to wielbiciel wschodnich klimatów. Kilkakrotnie wybrał się już do Rosji, raz nawet z Polakami, których spotkał na trasie do Mongolii. Opowiedział przejmującą historię o wypadku, który tymże Polakom przytrafił się w drodze powrotnej, już bez Samiego. Kierowca miał się niby zagapić, patrząc w tył, czy jego dziewczyna dotrzymuje mu kroku, gdy nagle zgarnął kufrem dwie osoby stojące na poboczu. Poszkodowani trafili do szpitala, a Polacy, po przesłuchaniu, wrócili do Polski. Ponoć dwójka Rosjan zmarła, jak się później dowiedział Sami, a choć minął już rok, sprawa jeszcze nie trafiła do sądu. Mocne, nie? Czasem cena podróżowana przekracza nasze najśmielsze wyobrażenia...
W klimacie podróżniczych rozmów spędziliśmy wyjątkowo miły wieczór. Sami z rana pognał do pracy, a po mnie w jego mieszkaniu została jedynie kopciuszkowa przypinka na lodówce oraz krótki podpis. jeden z wielu pozostawionych przez couchsurferów, których Sami gościł przede mną. Ruszyłam w stronę Helsinek, by poznać choć jedno większe, skandynawskie miasto i w wielkim stylu pożegnać się z Lądem Północnym.
| Stajenka współdzielona przez Samiego i jego znajomych. Z lotu się w tym miejscu zakochałam. |
| Sami naciąga łańcuch Hondzie. Jak dobrze być kobietą! ;) |
niedziela, 10 lipca 2011
Dzień dziewiąty, czyli z Narviku do Rovaniemi
Narvik opuściłam bez pośpiechu, około 10, wiedząc, ze mam znacznie więcej godzin niż zazwyczaj na dotarcie do Rovaniemi. W końcu bardzo długo miało towarzyszyć mi słońce. Mogłam zatem odespać telewizyjny wieczór z Henningiem, który okazał się być prawdziwym fanem amerykańskich stand-up comedies.
Jadąc do Rovaniemi musiałam wrócić się ciut E6 w kierunku północnym i skręcić na E10 na Kirunę, nie spodziewając się zupełnie widoków, które miały mnie tam zaskoczyć. Ale zanim dotarłam do zapierającego dech płaskowyżu na pograniczu norwesko-szwedzkim (no niestety nie pamiętam już nazwy tego parku narodowego bądź krajobrazowego), spotkałam najpierw swoich pierwszych Polaków na trasie. Akurat przycupnęłam na parkingu z widokiem na pasmo dość wysokich gór, jedząc kolejną już konserwę z Polski, gdy nagle usłyszałam głośne nawalanie młotkiem. Okazało się, że na tym samym parkingu chłopaki z Polski naprawiają samochód ciężarowy, którym dostali się aż tutaj. Dobrze było odezwać się po polsku, życząc sobie nawzajem powodzenia i wymieniając doświadczenia odnośnie trasy.
Niebawem dotarłam do wspomnianego już płaskowyżu i osiągnęłam stan nirvany, przeplatany stanami zdumienia, bo wciąż zadawałam sobie pytanie, jak to możliwe, że na takim pustkowiu jest tyle zaparkowanych samochodów? Nie na parkingach, rzecz jasna, ale przy wylocie podrzędnych żużlówek czy najzwyczajniej w świecie na poboczu E10. Zadziwiająca była również liczba domków letniskowych, porozrzucanych po głazach i na pozór niedostępnym, podmokłym podłożu. Dopiero ktoś później wytłumaczył mi, że jeżeli Norweg chce, to wszędzie urządzi sobie letnisko, choćby musieli mu ten domek przytargać helikopterem i ustawić na specjalnych palach. Ale satysfakcja z takiej akcji musi być ogromna, bo z czystym sumieniem mogę rzec, że NIE MA takiego drugiego miejsca na świecie. No chyba, że gdzieś indziej w Norwegii;)
Na płaskowyżu, po środku kamiennego pustkowia, spędziłam w euforii dobrą chwilę. Myśląc o przebytej już trasie, o życiu czy nawet o niczym, delektując się rasową ciszą. Można by rzec - byłam tam, gdzie wszystko się kończy, a zarazem zaczyna. Jeszcze nigdy tak bardzo nie posmakowała mi samotność. Możliwe, że ten płaskowyż to jej najlepsza, naturalna sceneria.
Im bliżej Kiruny tym prostsza i nudniejsza stawała się trasa. Jedyne, co mnie ucieszyło, to samotny renifer stojący przy trasie, do którego udało mi się podejść na wyciągnięcie jakichś 3 rąk;) Wyglądał dość podle, jak wyżarty przez mole, dyszał i najwyraźniej chłodził się powiewem od samochodów. Ale lepszy taki renifer niż żaden, bo wracając z Norwegii lepiej nie pokazywać się bez zdjęcia z reniferem.
Jadąc do Rovaniemi musiałam wrócić się ciut E6 w kierunku północnym i skręcić na E10 na Kirunę, nie spodziewając się zupełnie widoków, które miały mnie tam zaskoczyć. Ale zanim dotarłam do zapierającego dech płaskowyżu na pograniczu norwesko-szwedzkim (no niestety nie pamiętam już nazwy tego parku narodowego bądź krajobrazowego), spotkałam najpierw swoich pierwszych Polaków na trasie. Akurat przycupnęłam na parkingu z widokiem na pasmo dość wysokich gór, jedząc kolejną już konserwę z Polski, gdy nagle usłyszałam głośne nawalanie młotkiem. Okazało się, że na tym samym parkingu chłopaki z Polski naprawiają samochód ciężarowy, którym dostali się aż tutaj. Dobrze było odezwać się po polsku, życząc sobie nawzajem powodzenia i wymieniając doświadczenia odnośnie trasy.
Niebawem dotarłam do wspomnianego już płaskowyżu i osiągnęłam stan nirvany, przeplatany stanami zdumienia, bo wciąż zadawałam sobie pytanie, jak to możliwe, że na takim pustkowiu jest tyle zaparkowanych samochodów? Nie na parkingach, rzecz jasna, ale przy wylocie podrzędnych żużlówek czy najzwyczajniej w świecie na poboczu E10. Zadziwiająca była również liczba domków letniskowych, porozrzucanych po głazach i na pozór niedostępnym, podmokłym podłożu. Dopiero ktoś później wytłumaczył mi, że jeżeli Norweg chce, to wszędzie urządzi sobie letnisko, choćby musieli mu ten domek przytargać helikopterem i ustawić na specjalnych palach. Ale satysfakcja z takiej akcji musi być ogromna, bo z czystym sumieniem mogę rzec, że NIE MA takiego drugiego miejsca na świecie. No chyba, że gdzieś indziej w Norwegii;)
Na płaskowyżu, po środku kamiennego pustkowia, spędziłam w euforii dobrą chwilę. Myśląc o przebytej już trasie, o życiu czy nawet o niczym, delektując się rasową ciszą. Można by rzec - byłam tam, gdzie wszystko się kończy, a zarazem zaczyna. Jeszcze nigdy tak bardzo nie posmakowała mi samotność. Możliwe, że ten płaskowyż to jej najlepsza, naturalna sceneria.
Im bliżej Kiruny tym prostsza i nudniejsza stawała się trasa. Jedyne, co mnie ucieszyło, to samotny renifer stojący przy trasie, do którego udało mi się podejść na wyciągnięcie jakichś 3 rąk;) Wyglądał dość podle, jak wyżarty przez mole, dyszał i najwyraźniej chłodził się powiewem od samochodów. Ale lepszy taki renifer niż żaden, bo wracając z Norwegii lepiej nie pokazywać się bez zdjęcia z reniferem.
| Przestrzeń |
| Troll swój ziom |
| Droga donikąd |
| Kontempluję |
| Pustka |
| U wodopoju |
| Zdechlak |
| Na coś się zdały uniwersalne opony |
| Mój gospodarz w Rovaniemi - Jarno |
sobota, 9 lipca 2011
Dzień ósmy, czyli Lofoty, owce w tunelu i morskie bitwy
Lofoty pokrótce, szybka notka w kilku słowach, bo Lofoty to przede wszystkim zdjęcia. Tych, którzy się wybierają, chciałabym tylko przestrzec, że warto wyruszyć promem z Bodo o 6, bo płynie aż 4 godziny, więc jeżeli planujecie przejechać całe Lofoty, lepiej zebrać się z rańca i polecieć sobie na spokojnie z zapasem czasowym. Ja wieczorem musiałam być w Narviku i po krótkim postoju w Å (krócej się nie mogło nazywać), wyruszyłam już w stronę stałego lądu, ale z ręką na sercu muszę powiedzieć, że choć szczędziłam na dodatkowych postojach, to trasa niezwykle się ślimaczyła. Winowajca? Ograniczenia prędkości na większości wysepek do 50/60 km/h (a ograniczeń prędkości w Norwegii nie radzę łamać;) plus widoki, oczywizda sprawa, które wykręcają głową na lewo i prawo jak u sowy;) Wrażliwych na zapach zdechlaków uczulam też na smród rybich zwłok unoszący się w tych jakże pięknych okolicznościach norweskiej przyrody i natury. Ja wrażliwa nie jestem, więc z zapałem wciągnęłam polską konserwę zaraz przy wystawionych do suszenia dorszach, obserwując mewę wcinającą rybi łeb ;) Nie ma co krzywić noskiem, ponoć rybacy na Lofotach zarabiają na tych zapaszkach najwięcej w cały, światowym rybim biznesie!
Tak więc reasumując: Lofoty to megamiejsce z widokami wartymi zachodu i kasy za prom. Nie bez powodu należą w końcu do absolutnych motocyklowych "must have". Spójrzcie sami! Acha, a co do owiec, napotkałam ich na swojej drodze wiele, ale wyjątkowo urzekły mnie te leżące i przeżuwające coś w tunelu. Owego dnia było dość ciepło i parno na wyspach, ponoć dla owiec to już za gorąco i ratują się chłodnymi tunelami. Mądrze, aczkolwiek ciut ryzykownie. Ale może są zwolenniczkami zasady "żyć szybko(a raczej chłodno), umierać młodo";)
Tak więc reasumując: Lofoty to megamiejsce z widokami wartymi zachodu i kasy za prom. Nie bez powodu należą w końcu do absolutnych motocyklowych "must have". Spójrzcie sami! Acha, a co do owiec, napotkałam ich na swojej drodze wiele, ale wyjątkowo urzekły mnie te leżące i przeżuwające coś w tunelu. Owego dnia było dość ciepło i parno na wyspach, ponoć dla owiec to już za gorąco i ratują się chłodnymi tunelami. Mądrze, aczkolwiek ciut ryzykownie. Ale może są zwolenniczkami zasady "żyć szybko(a raczej chłodno), umierać młodo";)
![]() |
| Chillout na promie |
| Bajeczne widoki rodem z Å |
| Niezwykle fotogeniczne zzieleniałe opony w Å |
| I dalej Å |
| Z Å w drodze do Narviku, z prawej w rogu rybie łby |
| BEE |
| Urokliwe, wydęte brzuszki |
| Jeden z wielu malowniczych zakątków |
| Symetria |
| Henning, mój couchsurfingowy gospodarz z Narviku |
piątek, 8 lipca 2011
Dzień szósty i siódmy, czyli w drodze do Bodo
Spod Ostersund ruszyłam powoli w kierunku granicy szwedzko-norweskiej, by drogą nr 74 wpaść już w legendarną E6. Nie było czasu na zbędne postoje, 8ego lipca oczekiwał mnie w Bodo mój host Torstein, który jako couchsurfer z dość bogatym stażem stawiał twarde warunki co do noclegu, więc obawiałam się, że opóźnienie będzie kosztowało mnie utratę couchu. Jak się później okazało, całkiem niesłusznie, gdyż Torstein surowe wrażenie robił tylko w mailach, a na żywo okazał się megawyluzowanym kolesiem, który generalnie ma swobodny stosunek do gościny jako takiej. Ale o tym później!
Dzień szósty zdecydowanie upłynął pod znakiem zmian w krajobrazie: od równinnych w środkowej Szwecji, po wyżynne pogranicze oraz górzystą Norwegię, która przywitała mnie z daleka widocznymi plamami śniegu. Odezwali się do mnie również starzy znajomi z promu, czyli Adam, Andrzej oraz Ten Trzeci Którego Imienia Nie Pamiętam. Chłopaki byli już jakieś 200 km przede mną na północ i początkowo chcieli spotkać się pod Bodo, co dla mnie było niewykonalne, aż w końcu ustawiliśmy się na wspólne biwakowanie pod Mo i Rana. Ale również i ten plan upadł, jako że dzieliła nas gigantyczna chmura burzowa, której nie zdecydowałam się pokonywać. Tak dobrze mi szło w byciu suchą, postanowiłam więc nie moknąć ;) I tak (już przy E6) znalazłam wyjątkowo urokliwe miejsce pod namiot, nad jeziorem, w którym odbijał się ośnieżony łańcuch gór. A chłopakom obiecałam, że spotkamy się gdzieś w drodze powrotnej. Będą musieli poczekać ;)
Przed pójściem spać obawiałam się, że dokuczać mi będzie długotrwała jasność, bo słońce na tej wysokości ledwo co zachodzi, by wkrótce znów powstać. Ale okazało się, że zmęczenie po długim dniu jazdy (rozbiłam się około 22, a było jasno jak na powyższym zdjęciu) skutecznie przytwierdziło mnie do materaca. Z rana doszło jeszcze do drobnego nieporozumienia, bo wieczorem rozmawiając z właścicielem campingu, który kaleczył angielski niemożebnie jakimś kosmicznym akcentem rodem z Mozambiku, wywnioskowałam, że jest jakiś problem, ale nie miałam pojęcia jakiego typu. Dopiero po przebudzeniu okazało się, że nie ma wody w łazienkach, więc w zasadzie tak jakbym się rozbiła na dziko;) Ale spoczko - wody w Norwegii nie brakuje! (vide: zdjęcie powyżej)
Kiedy ruszyłam w końcu w trasę dziękowałam w duchu sobie samej, że nie pojechałam ścigać chłopaków wieczora poprzedniego. W deszczu przegapiłabym widoki, które były powalające. Sama jazda E6 to czysta przyjemność, trasa wije się jak wstęga pomiędzy rzekami, jeziorami i górami. Na tej wysokości brakuje jedynie fjordów, ale zmierzając ku Lofotom, wiedziałam, że mój głód wrażeń zostanie zaspokojony. Jedzie się spokojnie, mijając jedynie kolejne campery oraz motocyklistów. Z tymi motocyklistami to fajna sprawa, bo co drugi to podróżnik i nie trudno o przypadkowe znajomości nawiązywane gdzieś na parkingu czy nawet na poboczu. W ten sposób poznałam Martina, który zagaił mnie, gdy po raz trzeci czy drugi mijaliśmy się, robiąc postoje dokładnie w tych samych miejscach, chociażby żeby wymierzyć aparatem podobny kadr. Martin po krótkiej pogawędce poleciał dalej, minęłam go znów gdzieś po 20 km, po czym zatrzymałam się, by znów strzelić lansiarską fotę, gdy nagle pojawił się on. Pomyślałam: jaka cholera? wszystko już zostało powiedziane! Ochoczo wykorzystałam go jednak do zrobienia mi foty, bo zazwyczaj muszę sama ćwiczyć z autowyzwalaczem, po czym wróciliśmy do motocykli i Martin po chwili wydusił, co chodziło mu po głowie już chyba od dawna: "Hmmm, I'm thinking about taking a hot shower... Wanna join me?" Długo się nie zastanawiając, odrzekłam, że brałam już dziś prysznic i grzecznie życzyłam powodzenia w poszukiwaniu kompana do wspólnego prysznica. Z ulgą odetchnęłam, gdy odjechał, ale w chwilę potem ogarnęła mnie niesamowita irytacja. Czy kobieta nie może już sama podróżować, nie prosząc się o tego typu zaczepki? Przeszło mi szybko, bo kolejne widoki już masakrowały mi głowę ;)
Nawijałam kilometry w ślimaczym tempie (postoje na foty;), a i tak plułam sobie w brodę, że nie ustawiłam się w Bodo z Torsteinem dzień później. Nie mogłam, no nie mogłam już ani trochę zwolnić, a było tyle miejsc po drodze, gdzie chciałoby się przycupnąć i podumać. Chociażby na Kole Podbiegunowym, rozczytując miłosne deklaracje, pozdrowienia oraz zwyczajne podpisy, ułożone z podbiegunowych kamieni. Tam też wypatrywałam już reniferów, bo dosłownie z kilometra na kilometr teren zupełnie opustoszał i otworzyła się przepiękna, płaskowyżynna przestrzeń. To był jeden z pierwszych momentów, gdy uzmysłowiłam się, jak daleko na Północ mnie wywiało. Bo do tej pory chyba o tym zapominałam...
Pod wskazany adres w Bodo dojechałam około 21:30, a słońce grzało jeszcze wysoko nad horyzontem. Torstein przywitał mnie uprzejmie, choć bez szczególnej podniety, miał bowiem już na stanie dwie niemieckie couchsurferki, które nagle postanowiły przyjechać do niego wcześniej, niż zapowiadały. Pogadaliśmy trochę, Torstein zapuścił nam na youtubie film edukacyjny o Bodo, kabaret z serii "historia Norwegii w 5 min" oraz filmik o Norwegii. Informacje bombardowały mój mózg z taką intensywnością, ze nie wytrzymał i kazał położyć mi się spać. AMEN
Dzień szósty zdecydowanie upłynął pod znakiem zmian w krajobrazie: od równinnych w środkowej Szwecji, po wyżynne pogranicze oraz górzystą Norwegię, która przywitała mnie z daleka widocznymi plamami śniegu. Odezwali się do mnie również starzy znajomi z promu, czyli Adam, Andrzej oraz Ten Trzeci Którego Imienia Nie Pamiętam. Chłopaki byli już jakieś 200 km przede mną na północ i początkowo chcieli spotkać się pod Bodo, co dla mnie było niewykonalne, aż w końcu ustawiliśmy się na wspólne biwakowanie pod Mo i Rana. Ale również i ten plan upadł, jako że dzieliła nas gigantyczna chmura burzowa, której nie zdecydowałam się pokonywać. Tak dobrze mi szło w byciu suchą, postanowiłam więc nie moknąć ;) I tak (już przy E6) znalazłam wyjątkowo urokliwe miejsce pod namiot, nad jeziorem, w którym odbijał się ośnieżony łańcuch gór. A chłopakom obiecałam, że spotkamy się gdzieś w drodze powrotnej. Będą musieli poczekać ;)
| Norwegia wita |
| Pogranicze szwedzko-norweskie przy trasie 74. Takie ciut karkonoskie klimaty. |
| To ten deszcz rozdzielił mnie i kolegów z promu. Tam też powoli zaczęłam się rozglądać za noclegiem. |
| Jak przystało na biwak, wszystkie dobrodziejstwa płyną z natury. Można umyć siebie, naczynia i nabrać wody na dalszą podróż. |
Kiedy ruszyłam w końcu w trasę dziękowałam w duchu sobie samej, że nie pojechałam ścigać chłopaków wieczora poprzedniego. W deszczu przegapiłabym widoki, które były powalające. Sama jazda E6 to czysta przyjemność, trasa wije się jak wstęga pomiędzy rzekami, jeziorami i górami. Na tej wysokości brakuje jedynie fjordów, ale zmierzając ku Lofotom, wiedziałam, że mój głód wrażeń zostanie zaspokojony. Jedzie się spokojnie, mijając jedynie kolejne campery oraz motocyklistów. Z tymi motocyklistami to fajna sprawa, bo co drugi to podróżnik i nie trudno o przypadkowe znajomości nawiązywane gdzieś na parkingu czy nawet na poboczu. W ten sposób poznałam Martina, który zagaił mnie, gdy po raz trzeci czy drugi mijaliśmy się, robiąc postoje dokładnie w tych samych miejscach, chociażby żeby wymierzyć aparatem podobny kadr. Martin po krótkiej pogawędce poleciał dalej, minęłam go znów gdzieś po 20 km, po czym zatrzymałam się, by znów strzelić lansiarską fotę, gdy nagle pojawił się on. Pomyślałam: jaka cholera? wszystko już zostało powiedziane! Ochoczo wykorzystałam go jednak do zrobienia mi foty, bo zazwyczaj muszę sama ćwiczyć z autowyzwalaczem, po czym wróciliśmy do motocykli i Martin po chwili wydusił, co chodziło mu po głowie już chyba od dawna: "Hmmm, I'm thinking about taking a hot shower... Wanna join me?" Długo się nie zastanawiając, odrzekłam, że brałam już dziś prysznic i grzecznie życzyłam powodzenia w poszukiwaniu kompana do wspólnego prysznica. Z ulgą odetchnęłam, gdy odjechał, ale w chwilę potem ogarnęła mnie niesamowita irytacja. Czy kobieta nie może już sama podróżować, nie prosząc się o tego typu zaczepki? Przeszło mi szybko, bo kolejne widoki już masakrowały mi głowę ;)
| Jak zwykle autowyzwalacz... ;) |
| Widzicie tę twarz? Ta twarz mówi "wanna join me?" |
| Takie widoki ominęłyby mnie, gdybym leciała za chłopakami z promu |
| Ekologiczna stacja Shella |
| Kopciuch na Kole Podbiegunowym |
Pod wskazany adres w Bodo dojechałam około 21:30, a słońce grzało jeszcze wysoko nad horyzontem. Torstein przywitał mnie uprzejmie, choć bez szczególnej podniety, miał bowiem już na stanie dwie niemieckie couchsurferki, które nagle postanowiły przyjechać do niego wcześniej, niż zapowiadały. Pogadaliśmy trochę, Torstein zapuścił nam na youtubie film edukacyjny o Bodo, kabaret z serii "historia Norwegii w 5 min" oraz filmik o Norwegii. Informacje bombardowały mój mózg z taką intensywnością, ze nie wytrzymał i kazał położyć mi się spać. AMEN
Subskrybuj:
Posty (Atom)



