Ze Słowenią pożegnałam się na początku lipca. Nie chciało mi się bawić z przyczepą, zdejmowaniem koła itepe, dlatego postanowiłam się przełamać i wrócić na motorze do Polski. 830 km. Moja pierwsza dłuższa trasa. Całe szczęście moi rodzice akurat byli w tym samym czasie na urlopie w Słowenii, korzystając z faktu, że znam tam miejsca i ludzi, więc zabrali moi bagaże, a ja sama prułam na moto ( o ile pruciem można nazwać 90 km na godzinę). Dojechalibyśmy jeszcze tego samego dnia, gdyby nie burza, która zatrzymała nas w Czechach. Plus stłuczka na parkingu pod hotelem robotniczym (ktoś nie zauważył cofając samochodu moich rodziców)oraz długa akcja z policją czeską ( trudności komunikacyjne).
Po przygodach typu zgubienie auta swoich rodziców, w którym niezmiernie przezornie zostawiłam pieniądze, po pomyleniu trasy i wybraniu tej najgorszej z możliwych do Bolesławca oraz groźbie zatrzymania się gdzieś w polu, bo paliwo było już na wyczerpaniu, w końcu na ostatnich wyziewach dotarłam do domu. I tak chrzest bojowy miałam za sobą. Okazało się, że długa trasa nie jest tak zła, jak mi się wydawało. Byłam gotowa do boju. A Słowenia do dziś ma w moim sercu szczególne miejsce.
Czyli kobiece podróże małe i duże, na sprzęcie skromnym i za niewielkie pieniądze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia 2009. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 lipca 2009
piątek, 15 maja 2009
Każdy dzień przynosi coś nowego
Na przykład w tym oto miejscu odkryłam, że mojej słodkiej hondy nie da się odpalić, kiedy rozłożona jest nóżka. A stało się to w warunkach dość prozaicznych, ponieważ zatrzymałam się na poboczu, by zrobić to właśnie zdjęcie, a kiedy zapomniałam złożyć nóżkę, zaczęły się problemy. Odpalam, wrzucam jedynkę, gaśnie. I tak raz za razem. Zdążyłam nawet w tak zwanym między czasie popaść w panikę, wyrwać garść włosów z głowy i zadzwonić do Polski do znajomego mechanika, który niestety zdecydowanie wolał operować na starszych sprzętach i nie znał się na udziwnieniach nowszej generacji motocykli. Tak więc już miałam zamiar wylać wiadro łez, ale całe szczęście zauważyłam rozłożoną nóżkę i w swoim ograniczonym umyśle udało mi się skojarzyć oba fakty. Złożyłam nóżkę, odpalam, wbijam jedynkę i jadę. Bingo! Proste zabezpieczenie, które nie pozwoli wywalić się z powodu najgłupszego z przeoczeń.
poniedziałek, 11 maja 2009
Wycieczka w góry
Zaczęło się dość mrocznie, bo mnogość przeróżnych żwirowych dróg, głównie przeznaczonych dla rowerzystów, oraz brak gps-u niestety mnie zmogła i błądziłam po górach dłuższą chwilę, na dodatek ubrana lżej niż zwyczajnie. A wiadomo, w górach nagle snuja zejdzie z pobliskiego wzgórza i zamiast południowego słońca nagle niczym buka jedziesz w chmurze chłodnawej wilgoci. Ale w końcu wyjechałam na otwartą przestrzeń, posnułam się po okolicznych pastwiskach, a nawet pogłaskałam krowę, bo przyznać muszę, że krowy fascynują mnie od małego.... Ale nie o tym mowa. Wycieczka okazała się bowiem dość emocjonująca....
Pamiętacie, że jesteśmy w momencie, gdy wciąż byłam jeszcze totalnym świeżakiem motocyklowym? A góry zdradliwe śą... Przy zjeździe zdarzyła mi się rzecz niesłychana, bo nagle zgasł silnik. I koniec. Nie mogę odpalić. Nie wiem, co jest przyczyną. Szukam w pamięci wszystkich porad, które mogłyby się tu na coś zdać. Więc nie mając pojęcia, czy to w ogóle może zadziałać, próbuję na pycha. Wciągam nielekki przecież motur na górkę, zjeżdżam, wrzucam na trójkę i próbuję odpalać. Nic. Tak z trzy razy, cała zlana potem, nie rozbiorę się, bo przecież jak odpalę, to kiedy niby się ubiorę.
No więc szybka decyzja- pcham moto do najbliższego gospodarstwa. Zagaduje jedną babkę po angielsku. Ni w ząb. Po niemiecku. Nie ma bata. To idę do następnego, zaraz obok. I tam kobiecina coś duka po niemiecku, bo jej matka Austriaczka. Kobieta okazała się matką motocyklistki, więc oczywiście swoją matczyną empatią wskazała mi miejsce na pozostawienie motoru, zadzwoniła do córki, wypytała o mechanika, ba! Zabrała mnie do samochodu, by podrzucić mnie do tegoż mechanika. Po drodze rozmawiałyśmy o papieżu (bo Polak), ile mam lat, co studiuję, czyli o tym, na co pozwalały nam skromne pokrewieństwa językowe.
Na mechanika musiałam chwilę czekać, ale w końcu zebrał się ze swoim anglojęzycznym pomocnikiem i wyruszyliśmy z powrotem do domostwa kobiety (Dzięki Ci Pani X, gdziekolwiek jesteś!). Na miejscu mechanik wykręcił świecę, by sprawdzić czy nie zalana, podmuchał kilka razy (teraz sama już nie ruszam się nigdzie bez klucza do świec), wkręcił, po czym pobawił się przyciskiem odcinającym przepływ prądu w instalacji i hurra! Odpalił! Ponoć to się czasem zdarza w tych nieszczęsnych kill switchach, o czym rzecz jasna nie wiedziałam. Mechanik podrapał się po głowie, uśmiechnął się z politowaniem, a kiedy próbowałam mu wcisnąć choć 5 euro (bo tylko tyle miałam przy sobie), zaśmiał się, machnął ręką i odjechał na swój posterunek.
Wniosek: w Słowenii nie zginiesz. Ludzie przyjaźni i pomocni. I jeżdżą na motorach! Raj! Ale przyszłość miała pokazać, że przyjazność ludzi to nie wszystko. Trzeba jeszcze trochę doświadczenia i rozumu pod kopułą, bo moto to nauka na całe życie!
Pamiętacie, że jesteśmy w momencie, gdy wciąż byłam jeszcze totalnym świeżakiem motocyklowym? A góry zdradliwe śą... Przy zjeździe zdarzyła mi się rzecz niesłychana, bo nagle zgasł silnik. I koniec. Nie mogę odpalić. Nie wiem, co jest przyczyną. Szukam w pamięci wszystkich porad, które mogłyby się tu na coś zdać. Więc nie mając pojęcia, czy to w ogóle może zadziałać, próbuję na pycha. Wciągam nielekki przecież motur na górkę, zjeżdżam, wrzucam na trójkę i próbuję odpalać. Nic. Tak z trzy razy, cała zlana potem, nie rozbiorę się, bo przecież jak odpalę, to kiedy niby się ubiorę.
No więc szybka decyzja- pcham moto do najbliższego gospodarstwa. Zagaduje jedną babkę po angielsku. Ni w ząb. Po niemiecku. Nie ma bata. To idę do następnego, zaraz obok. I tam kobiecina coś duka po niemiecku, bo jej matka Austriaczka. Kobieta okazała się matką motocyklistki, więc oczywiście swoją matczyną empatią wskazała mi miejsce na pozostawienie motoru, zadzwoniła do córki, wypytała o mechanika, ba! Zabrała mnie do samochodu, by podrzucić mnie do tegoż mechanika. Po drodze rozmawiałyśmy o papieżu (bo Polak), ile mam lat, co studiuję, czyli o tym, na co pozwalały nam skromne pokrewieństwa językowe.
Na mechanika musiałam chwilę czekać, ale w końcu zebrał się ze swoim anglojęzycznym pomocnikiem i wyruszyliśmy z powrotem do domostwa kobiety (Dzięki Ci Pani X, gdziekolwiek jesteś!). Na miejscu mechanik wykręcił świecę, by sprawdzić czy nie zalana, podmuchał kilka razy (teraz sama już nie ruszam się nigdzie bez klucza do świec), wkręcił, po czym pobawił się przyciskiem odcinającym przepływ prądu w instalacji i hurra! Odpalił! Ponoć to się czasem zdarza w tych nieszczęsnych kill switchach, o czym rzecz jasna nie wiedziałam. Mechanik podrapał się po głowie, uśmiechnął się z politowaniem, a kiedy próbowałam mu wcisnąć choć 5 euro (bo tylko tyle miałam przy sobie), zaśmiał się, machnął ręką i odjechał na swój posterunek.
Wniosek: w Słowenii nie zginiesz. Ludzie przyjaźni i pomocni. I jeżdżą na motorach! Raj! Ale przyszłość miała pokazać, że przyjazność ludzi to nie wszystko. Trzeba jeszcze trochę doświadczenia i rozumu pod kopułą, bo moto to nauka na całe życie!
niedziela, 26 kwietnia 2009
I tak zaczęły się pierwsze wędrówki...
Ciut nieśmiałe, wciąż niepewne, walka z każdym zakrętem niemalże na noże. A zakrętów nie brakuje. Całe szczęście mogłam powolutku się uczyć na swojej Hondzince, nie czując na plecach oddechu wielkich ciężarówek czy wściekniętych audic. Ograniczenie prędkości w Słowenii jest tak częste (głównie do 80 km/h), że praktycznie staje się ono prędkością stałą. I co najzabawniejsze, wszyscy jak jeden mąż tych ograniczeń się trzymają. Nie się co dziwić: drogówki jest sporo! Zdarzały się akcje, podczas których radiowóz stał przy drodze co 10-15 km. Więc bez szaleństw, moi kochani koledzy na plastikach, nie ma palenia gum, pisków opon, 300 km/h na kole od wioski do wioski. Nie-ma-bata na to. A ponieważ w Słowenii przestępczości prawie nie ma, a niusem w wiadomościach okazuje się brawurowa akcja ratunkowa kota w wykonaniu straży pożarnej lub kradzież w sklepie, mandat za przekroczenie prędkości o 30 km mógłby stać się sensacją dnia ;)
sobota, 25 kwietnia 2009
Orientacja w terenie
Żadnych gps-ów. Tylko mapa. Zawsze mapa. I język. Może kiedyś zainwestuje w sprzęt, który będzie mnie prowadzić nawet po największym zadupiu jak po sznurku. Ale póki co mapa, za pazuchą bądź wetknięta za owiewkę. Minęło już półtrora roku od tamtych zdarzeń, a w moim sercu ciągle tlą się te pierwsze uczucia... Adrenalina, strach, wielka niewiadoma.... A z drugiej strony nieodparta potrzeba gnania przed siebie, wciąź do przodu, przewijania krajobrazów jak na taśmie video. Tutaj nie ma nie i nie ma też stop. Jest tylko początek, ale nie ma końca, no chyba, że ten ostateczny....
środa, 15 kwietnia 2009
Swojskie klimaty
Jeżeli chodzi o słoweńskie krajobrazy, to oprócz tras głównych, dominują wąskie serpentyny, tak dobrze znane nam z sudeckich bądź bieszczadzkich klimatów. Skromne, niewielkie domostwa, rozsypane po sąsiedzkich pagórkach jak hobbickie osady z prozy Tolkiena. Mikroskopijne winnice, symbol prestiżu i dobrobytu. Przyroda, przyroda i jeszcze raz przyroda. Co towarzyszyło mi podczas tych krótkich wypadów? Generalnie poczucie bezpieczeństwa i swojskości. Jadąc do Niemiec, zazwyczaj czujemy się lekko zawstydzeni, porównując na każdym kroku standardy niemieckie do polskich, we Francji- wzburzeni egocentryzmem Francuzów i ich nieznajomością języków, w Turcji- zagubieni i przytłoczeni klaustrofobicznym ogromem ichniejszych miast. A w Słowenii... w Słowenii czujesz się jak w domu. Ludzie różnej maści, poglądów i pochodzenia mogą tam podać sobie ręcę i ogłosić się braćmi. Tak miło i przytulnie jest w malutkiej Słowenii.
![]() |
| Gdzieś na podrzędnej drodze pod Mariborem |
niedziela, 15 marca 2009
Krótkich wypadów początek
Do Mariboru dotarliśmy wprawdzie szybko, sprawnie i bez problemów, ale już na miejscu okazało się, że jako totalna lewizna motocyklowa przy zdejmowaniu koła nie wpadłam na to, żeby zablokować klocki i oczywiście sama, bez całej palety narzędzi mogłam zapomnieć o zamontowaniu z powrotem koła bez pomocy mechanika. No więc kombinacji 100 tysięcy, latanie po znajomych Słoweńcach... Na całe szczęście moto miało bezpieczne schronienie w mini garażyku przyakademikowym, gdzie żadne chciwe łapsko nie mogło się na nie połakomić. Poza tym co tu dużo gadać, Słoweńcy nie kradną. Po kilkudniowej szarpaninie udało mi się znaleźć mechanika sprytnego, który nie tylko oferował swoje usługi w cenie rozsądnej, ale przede wszystkim znał zarówno angielski jak i niemiecki, i po problemie nie było ani śladu. Mogłam wsiąść na Hondzinę. I tak się zaczęły mini wypady, z początku ciut nieśmiałe, wciąż bowiem byłam na tyle zielona, że każdy zakręt mnie przerażał. Ale z każdym kilometrem było coraz lepiej. Vide foto: górzyście, spokojnie i widokowo... Gdyby jeszcze tylko ktoś zdjęcie mógł mi zrobić!
![]() |
| Zdjęcie wątpliwej jakości, gdzie pod Mariborem |
Subskrybuj:
Posty (Atom)






