Czyli kobiece podróże małe i duże, na sprzęcie skromnym i za niewielkie pieniądze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majorka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majorka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 lipca 2015
Owoc wyjazdu filmowego, czyli trailer w pełnej okazałości
Voila! Jest i trailer! Okomotion rzuciło się w wir pracy, więc i prace nad filmem dokumentalnym się przedłużyły, ale trailer jest! Ten jeździec apokalipsy, co tam w przerwach migocze, to właśnie ja, a ten wyjątkowo fotogeniczny motocykl, to (przepraszam Hondko) tym razem wypożyczona Yamaszka WR 125. Endżoj!
wtorek, 25 lutego 2014
Sprzęt i okablowanie - łączność podstawą kręcenia
Od tego zaczęliśmy całą zabawę - łączność. Bez NavComm nie byłaby możliwa. Jak do tej pory zawsze wyruszałam w trasę sama, więc nigdy nie miałam okazji testować, jak to z tym słuchawkami i czy wygodnie, czy nie przeszkadza. Ale tym razem nie było wyboru. Ekipa w samochodzie przede mną (lub za mną w zależności od sytuacji) informowała mnie o każdym planowanym postoju, o manewrach, o zakrętasach, ale także zabawiała w trakcie niezbyt pasjonujących przejazdów trasą szybkiego ruchu.
Generalnie sprzęcicho prezentuje się niezbyt skomplikowanie, póki człowiek nie zacznie się zastanawiać, co gdzie i z czym. Całe szczęście ja tu byłam zwolniona z myślenia, bo Rafał miał już instrukcję obsługi w głowie i okablował mnie w 2 minuty zanim zdążyłam zapytać: a co to? ;) Radiostacja wylądowała z tyłu zawieszona na pasie nerkowym, dla mnie okazała się to najwygodniejszą opcją. Ciężko wypowiedzieć mi się za innych, prawdopodobnie są lepsze, ciekawsze, bardziej optymalne rozwiązania umocowania tego wszystkiego, ale nam tak się spodobało i już!
W lewym ramieniu kurtki puściliśmy kabel, do którego na rzepie mocującym przytwierdzony jest przycisk PTT. Są dwie opcje umocowania przycisku: na palcu (na wskazującym, ale dla mnie niestety zbyt uwierał na wskazującym dlatego zdecydowałam się na mały) lub na rękojeści kiery. Ponownie - jak kto tam woli. Sęk, by przycisku nie zgubić. Co do samego użytkowania - przycisk działał bez zastrzeżeń.
Co do umocowania mikrofonu i głośników. Zdecydowaliśmy się na zdjęcie w kasku otwartym (to nie ja, to Rafał ;), bo niestety w moim Airohu nie za wiele widać. Dwa bardzo cienkie głośniki idealnie chowają się za uszami, nawet w tak mocno przylegającym do głowy kasku enduro jak Airoh s4. Chowałam je dosłownie za uszami, bardziej z tyłu głowy, bo było mi najzwyczajniej w świecie za głośno, co przemawia raczej na plus sprzętu. Jeżeli chodzi o mikrofon, tu pojawiły się małe problemy z klejem. Niestety w moim Airoh przyklejenie do szyby nie wchodziło w grę, bo przysłoniłby mi widoczność. Na szczęce słabo kleił, za drugim razem niestety już nie chwytał, ale winić raczej należałoby materiał mojego kasku, do którego prawdopodobnie taki sprzęt nie jest stricte przystosowany. Problem rozwiązaliśmy w bardzo prosty sposób, nie przyklejaliśmy mikrofonu, był puszczony luzem w kasku, jedynie kabel dociskaliśmy zamykaną szybką. I już. Po kłopocie. Może ciut prowizorycznie, ale jakość odsłuchu na tym nie ucierpiała. Ekipa w aucie nie narzekała, ja żyję, oni żyją, zatem komunikacja musiała przebiec pomyślnie ;)
Rafał, czyli nasz spec od dosłownie wszystkiego, jako pierwszy pomógł mi ogarnąć system NavComma. Przyznam się bez bicia, gdyby ekipa wcześniej tego nie rozpracowała, mogłabym mieć sama małe problemy.
Generalnie sprzęcicho prezentuje się niezbyt skomplikowanie, póki człowiek nie zacznie się zastanawiać, co gdzie i z czym. Całe szczęście ja tu byłam zwolniona z myślenia, bo Rafał miał już instrukcję obsługi w głowie i okablował mnie w 2 minuty zanim zdążyłam zapytać: a co to? ;) Radiostacja wylądowała z tyłu zawieszona na pasie nerkowym, dla mnie okazała się to najwygodniejszą opcją. Ciężko wypowiedzieć mi się za innych, prawdopodobnie są lepsze, ciekawsze, bardziej optymalne rozwiązania umocowania tego wszystkiego, ale nam tak się spodobało i już!
W lewym ramieniu kurtki puściliśmy kabel, do którego na rzepie mocującym przytwierdzony jest przycisk PTT. Są dwie opcje umocowania przycisku: na palcu (na wskazującym, ale dla mnie niestety zbyt uwierał na wskazującym dlatego zdecydowałam się na mały) lub na rękojeści kiery. Ponownie - jak kto tam woli. Sęk, by przycisku nie zgubić. Co do samego użytkowania - przycisk działał bez zastrzeżeń.
Co do umocowania mikrofonu i głośników. Zdecydowaliśmy się na zdjęcie w kasku otwartym (to nie ja, to Rafał ;), bo niestety w moim Airohu nie za wiele widać. Dwa bardzo cienkie głośniki idealnie chowają się za uszami, nawet w tak mocno przylegającym do głowy kasku enduro jak Airoh s4. Chowałam je dosłownie za uszami, bardziej z tyłu głowy, bo było mi najzwyczajniej w świecie za głośno, co przemawia raczej na plus sprzętu. Jeżeli chodzi o mikrofon, tu pojawiły się małe problemy z klejem. Niestety w moim Airoh przyklejenie do szyby nie wchodziło w grę, bo przysłoniłby mi widoczność. Na szczęce słabo kleił, za drugim razem niestety już nie chwytał, ale winić raczej należałoby materiał mojego kasku, do którego prawdopodobnie taki sprzęt nie jest stricte przystosowany. Problem rozwiązaliśmy w bardzo prosty sposób, nie przyklejaliśmy mikrofonu, był puszczony luzem w kasku, jedynie kabel dociskaliśmy zamykaną szybką. I już. Po kłopocie. Może ciut prowizorycznie, ale jakość odsłuchu na tym nie ucierpiała. Ekipa w aucie nie narzekała, ja żyję, oni żyją, zatem komunikacja musiała przebiec pomyślnie ;)
Kilka słów podsumowania. Zasadniczo nie interesują mnie detale, ile kilometrów łączności zapewniał producent i czy aby nie obiecywał złotych gór. Na górach (i to bynajmnie nie złotych) sprzęt wprawdzie poległ, nie dał rady tunelom i zawijasom Sa Calobry, ale nikt od niego już tego nie wymagał. NavComm sprawił nam wiele radości i ułatwił komunikację. A jak, o tym w kolejnym odcinku serialu "En Moto" Mallorca" ;)
sobota, 22 lutego 2014
Projekt "En Moto: Mallorca" uważamy za otwarty! Początki.
Zacznijmy od samego początku, czyli jak to się stało, że Kopciuch zachorował na parcie na szkło. Było to zimą, przełom 2013/2014 roku. Nuda jakich mało, praca w korpo, tęsknota za podróżami, ból egzystencjalny, złamane serce i inne takie, co to sprawiają, że ludzie rzucają wszystko i udają się w pogoń za marzeniami. W samą porę zjawił się Grześ, bliski przyjaciel z Warszawy, który w stanie podobnej padaczki egzystencjalnej zaczął realizować swoje piękne marzenie o spełnianiu się zawodowo w branży filmowej. Wraz ze znajomą Olą założyli agencję produkcyjno-dystrybucyjną Okomotion, której cechą wyróżniającą ją pośród innych firm tego typu miało być wykorzystanie plenerów rodem z Majorki, gdzie też Ola mieszkała już od kilku lat.
I tak też zrodził się pomysł na dokument, film o Majorce, którym można byłoby pomachać potencjalnym klientom przed nosem, pokazując: O! O! Tak właśnie kręci się filmy! A elementem-spoiwem, który wzbogaciłby film o ciekawe, dynamiczne ujęcia, miał być nie kto inny a właśnie Kopciuszek. Zupełnie prozaiczny fakt o tym zdecydował. Bo dziewczyna, bo to ciekawe, no i motocykl - idealnie wpisujący się w koncepcję iddylicznych, majorkańskich landszaftów poprzeplatanych dynamiką przejazdów.
Czas był ograniczony. 10 dni. 10 dni dla mnie, na mój przelot (z Wro do Wawy, z Wawy do Barcy, z Barcy do Palmy), na wszystkie zdjęcia moich przejazdów plus kilka portretów tubylców, no i finalnie na mój powrót. Bagaże były spore, bo całe moje motocyklowe uzbrojenie od kasku po buty, plus oczywiście ciuchy innego rodzaju. Na całe szczęście nie musiałam pakować motocykla. Wersji początkowych było sporo, od transportu Hondziaka przez całą Europę, bo wypożyczenie gdzieś na lądzie stałym, ale skończyło się na wypożyczeniu motocykla na wyspie. No więc wyruszyłam, z wielką walizą, nie spodziewając się absolutnie niczego. Bo czegoż może spodziewać się osoba, która z filmem ma tyle wspólnego, co wegetarianie ze stekiem medium rare.
| Czekając na lot do Wawy. |
| Nasza meta. |
| Wybór motocykla padł na Yamaszke WR 125. |
| Hondziaka kocham ponad wszystko, ale nie powiem - design przedni. |
W drugiej lokacji zamieszkała Ola, pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia, Grzesiek, jej wspólnik, Rafał - nasz facet od sprzętów i błyskawicznych rozwiązań, oraz Maciek vel Bober, nadworny zaopatrzeniowiec i księgowy. Na całe moje szczęście nie byłam w ekipie jedyną zaprzyjaźnioną z motocyklami, operator Mikołaj jeździ na Fazerze, a Rafał na quadzie. Trzeba rozumieć, jak te pojazdy się zachowują i jaki jest potencjalny czas reakcji, by wiedzieć, jak z powodzeniem kręcić motocyklistkę-amatorkę, by przypadkiem nie spowodować jej zgonu. Ale o tym później.
Subskrybuj:
Posty (Atom)